ZOMBIE - DECYDUJĄCE STARCIE
Wiatr roznosi śmieci. Złażący śnieg odsłania nagie ciała
foliówek i bezbronne pety. Wysypują się śmieci z koszy, zakwitają wielobarwne
rzygowiny miasta. Ale za to sprzątamy psie kupy – hura! To nic, że do
plastikowych torebek, które będą rozkładać się czterysta lat i rozpadać na
drobne, niewidoczne i niszczycielskie cząsteczki mikroplastiku, podczas gdy
kupie wystarczył by do anihilacji miesiąc. To nic. Wydaje nam się, że jesteśmy
już gdzieś dalej, wyżej, że jest lepiej niż jest.
A nie jest.
To miasto ma dla mnie twarz brodatego alkoholika, który w
mroźne dni ogrzewa się u wejścia do Biedronki. Któregoś dnia popatrzyliśmy
sobie głęboko w oczy. Widziałam trupa.
Jest ich więcej. Jak zombie wylegają po zmroku.
Krążą wokół otwartej w niedzielę knajpy z tanią wódą i chrzczonym piwem z kija.
Zrzucają się na wino a potem sikają na trawniki jak psy. A kiedy noc zagęści
się na dobre, próbują bez skutku trafić na swoje drogi, do drzwi własnych
domów, ale rzeczywistość zdążyła się już przesunąć, przestrzeń zakrzywiła się,
dom jest teraz w innym mieście, a dawno porzucone życie zetlało do reszty w
oczekiwaniu na niemożliwy powrót. Co pewien czas słychać suchy trzask. To jeden
z nich wycelował głową w chodnik. Krew się leje, ale to nic, to tylko farba. Dźwigają
się, by kontynuować taniec, jeden na drugim, podpierają w tej konwulsyjnej
kontakt improwizacji. Duety, tercety a czasem tragiczne solówki w opustoszałym
kosmosie. Smutkiem zionie od nich bardziej niż wódą. Smutkiem i umieraniem
kupionym na raty.
Wczoraj wieczorną ciszę przycinał rytmicznie rozdzierający
krzyk. Powtarzał się raz za razem a pomiędzy nim stukot obcasów. Szłam z psem,
nasłuchiwałam a potem ich zobaczyłam. Kobieta gnała jednego z nich. Zaganiała,
jak się zagania krowę na wieczór do obory. Pokrzykiwała dziwnym, rwanym,
oszalałym głosem. Pewnie w martwej twarzy jednego z nich rozpoznała kogoś, kogo
kiedyś znała, męża, kochanka, przyjaciela. Był teraz inny ale jej zdawało się,
że pod maską trupa znajdzie go jeszcze, wydrapie długimi tipsami to, co było
dla niej cenne, co pamięta, co chce zachować i wskrzesić. Smród i brud –
resztki po życiu. Spuściłam głowę. Smutek, smutek aż dech zapiera. A dziś przy
głównej ulicy, otworzyły się drzwi małego, uroczego domku z choinką w oknie i
wypadł z nich wyrzucony „za wszarz” jeden z nich, wprost mi pod nogi, a głową
na ulicy wylądował, jak na gilotynie. A potem wyrzucono drugiego. Znów duet
wspierających się ciał, dźwigających w walce przeciwko dziwnie potężnej
grawitacji. Próbowali wtoczyć się z powrotem do małego domku z choinką w oknie,
ale w drzwiach zastali tylko pięść i krzyk kobiet dobiegający z buchających
trzewi tych piekieł: zostaw! Marek, zostaw go, kurwa, słyszysz?! I zamknęły się
drzwi i choinka została tam, a oni tu. Zadzwoniłam pod 997.
– Ale biją się teraz? – zapytał dyżurny.
- W tej sekundzie nie – mówię
- To znaczy, że się nie biją – dyżurny odłożył słuchawkę. O
czym tu gadać. Że jakiś ludzki wrak wystawił za drzwi inny podobny strzęp
dogasającej materii?
Zastanawia mnie tylko dlaczego tak się dzieje. Tyle jest
zła: wojny, przemoc, gwałt. Po co dorzucać swoje trzy grosze do budowy piekła? Jeśli
istnieje diabeł, jego ciało jest płynne, przejrzyste jak woda i pali, pali i
żre. Każdego z zombiech otacza diabelski krąg nieszczęścia - magiczny krąg.
Stoją tu ich bliscy: matki, ojcowie, bracia i siostry. Niektórzy tak samo sino-bladzi,
z wypalonymi wódką oczami, inni z oczami we łzach. I dzieci z grymasem
nieszczęścia wypisanym na twarzy, skazane, napiętnowane, upokorzone. Ten krąg
widm porusza się po mieście wraz z nimi. To od nich wieje tym smutkiem aż
zapiera dech. W powiatowym mieście czas gnany wiatrem, jak jedna z foliówek,
zatrzymał się na gałęzi i powiewa teraz bezskutecznie. Smutek tu nie wietrzeje,
przeciwnie, zbiera się, zagęszcza i dusi. Czekam na wiosnę i uciekam stąd w las.
Niech oczy odpoczną od brzydoty, niech smutek wywietrzeje z głowy. Będę patrzeć na pustą, szczęśliwie bezludną
przestrzeń, napawać się odległością od najbliższych zabudowań i kontemplować
zieleń. Wiem jednak, że obraz zombiech wlokących rozpadające ciała w
scenografii kwitnących śmietnisk, będzie mnie odtąd prześladował.

Komentarze
Prześlij komentarz