DOM
Punktem wyjścia jest dom. Dom przestronny z porośniętym dzikim winem balkonem, dom podzielony na strefy. Oto miejsce pracy ze skórzanym fotelem zagubionym w labiryncie przykurzonej biblioteki, z dębowym biurkiem skromnie, acz smacznie podrzeźbianym na rogach. A tu salon, którego wielkie okna wychodzą na cienisty ogród ukryty pod parasolami świerków. Sypialnia - serce domu, a może domowa macica, w której dojrzewają sny i formują się z mięsistej prima materii nowi domownicy, gdzie miłość i śmierć co noc splatają się w uścisku. Pośród niedbale rozrzuconej pościeli błąkają się dobre sny, sny o potędze, wszystkie w jasnych,pastelowych kolorach mruczące nocą opowieści o krainach gotowych do podbicia i możliwościach wciąż czekających na realizację.
Z takiego domu wyrusza się statkiem, masywnym parowcem, któremu niestraszne są fale, takim, na którym każdy, od kapitana, przez majtka, po ubranych na biało szarmanckich kelnerów w pokładowej restauracji, mówi nam: do usług!
Ostatnie zdjęcie przed podróżą: ciemnowłosy chłopiec dźwiga twoje walizki. Zatrzymujesz się na chwilę i spoglądasz w obiektyw zza ciemnych okularów. Pewność z jaką patrzysz w oczy światu zapiera dech. Nic i nikt ci się nie oprze. Słońce tańczy na twojej twarzy, igra w ciemnych szkłach okularów. Wszystko jest możliwe - mówi. Dlaczego miałabyś nie wierzyć?
Kilka lat temu zamieszkałam w chatce pod lasem. Wiatr dmuchał mi w twarz, przenikał przez nieszczelne ściany mojej tymczasowej siedziby. Bywało, że po deszczu potok przepływał przez korytarz porwając resztki dobytku i zamieniając je w papierowe stateczki odpływające w nicość. Ganica między domem a lasem była płynna. Norka ledwie sklecona z gałęzi i suchych liści okrywa na chwilę, pozwala odpocząć strudzonemu wędrowcy. Kilka lat temu zamieszkałam i już mnie tam nie ma. Wcześniej na wielu miedzach przysiadałam jak zając. Domy pojawiały się i znikały, jak przypadkowi przechodnie. Kryłam się w ich ramionach przed deszczem i zimnem, a potem porzucałam, by ruszyć w dalszą drogę. Domy - przygodni kochankowie, bynajmniej nie rodzina. Pamiętam ich twarze, zapach ich drewnianej skóry, ciepło, którym mnie tulały na moment, na ten krótki moment. Żaden dom nie był mój, ani moja nie była nawet piędź ziemi, w której zakotwiono fundamenty. Moje były tylko chwile, co - jak krople wody - przez palcemi przeciekły. To była moja droga, mój brak utkany z niemożności, lęku zająca pod miedzą, determinacji żuka i z perełek rosy połyskujących z rana i znikających w południe. I tyle.
Ale są inne domy. Domy więzienia. Wysokie pomieszczenia przemyskiego obozu dla uchodźców, w których odbjają się echem kroki strażników i nawoływania opętanych niemocą. Zatrzymani w drodze, owinięci w kokon nieskończoności trwają w oczekiwaniu na nowe, niemożliwe, wyśnione życie. Smutek osamotnionych ciał w tęsknocie, pobladłych twarzy, zgaszonych oczu skrapla się na zakratowanych oknach wpatrzonych w stalowe niebo. Domy bez wyboru, domy pułapki chwytające w pęta, duszące, dławiące jak smutek. Domy - groby dla żywych, gdzie na każdej ścianie inskrypcja niewidzialna, wydrapana paznokciami krzyczy: już cię nie ma, nikt cię nie chce, zabij się, i tak już jesteś martwy. Minuty zagęszczone w więziennym powietrzu są z ołowiu: ciężkie i trujące.

Komentarze
Prześlij komentarz