GDZIEŚ
Siedzieliśmy i grzali się przy ogniu. W niebo wesoło strzelały iskry, nad
nami błyskały gwiazdy. Wokół ciemniał gęsty las. Ten i ów przysunął był się
bliżej ognia, dłonie wystawił, albo pochyliwszy się nisko w stronę płomieni,
zapatrzywszy się w nie zastygał w milczeniu. Oprócz tych strzelających,
hałaśliwych płomieni wokół ani dźwięku. Cisza zasypana śniegiem. I nagle, spomiędzy choinek, wyłania się ona.
Kurtka khaki z kapturem, co twarz jej rumianą okala futerkiem. Buty wysokie,
ochraniacze ortalionowe na to, a na plecach plecak. I jak się obróciła to
zobaczyłem - plecak Tatry, też w kolorze khaki. Ze stelażem na wierchu, jak dawniej. Nie widziałem takiego od lat. A
pod plecakiem koc przytroczony, a u zapięcia kubek blaszany. Całkiem jak to niegdyś
bywało, kiedy chodziło się tu i ówdzie, w góry przeważnie, samemu, czy z
towarzystwem. Weszła w krąg światła i potoczyła po nas wzrokiem. Jeden z drugim
zaspaną twarz podniósł, zerknął, bo to zawsze jakaś odmiana, kobieta,
wędrowniczka zbłąkana tej dziwnej nocy tu, z nami, przy tym ogniu, co się wziął
nie wiadomo skąd i jak. – Co wy tacy smętni – zagadnęła mocnym, ostrym nawet
głosem. – Można? Wzięła sobie pieniek i
przysunęła do ognia. Mężczyzna obok, starszy od niej sporo, o kosmatych
bokobrodach, wychodzących spod wełnianej czapki, przesunął swoje siedzisko nie
podnosząc wzroku. – Płonie ognisko i szumią knieje – zaintonowała, a potem
zaczęła gwizdać tę znaną melodię. – Herbata by się przydała – przerwała po
chwili rozglądając się na boki. – O, jest. Ktoś chce?
- Ja –
odpowiedział niepewnie młody mężczyzna w palcie wykończonym lisim kołnierzem.
Nie miał czapki, końcówki uszu zrobiły mu się czerwone jak kogucie korale. Rozcierał
je co i raz. Podała mu blaszany parujący kubek. – Znakomita – zmrużył oczy –
wydaje mi się, że piłem już kiedyś taką…
-- Herbata jak
herbata, ale gorąca, to najważniejsze – powiedziała odbierając kubek. Wychyliła
do końca gorący płyn, a potem machnęła kubkiem aż krople zasyczały w ogniu. –
No dobra, jeszcze siądę na chwilę – powiedziała. W tej samej chwili jej sąsiad,
mężczyzna z bokobrodami, wstał, rozejrzał się po nas niespokojnie – To ja już
pójdę – powiedział cicho -- dobranoc panom – i bez wahana zanurzył się w gęsty
mrok.
- No dobra, na
mnie też już czas – wstała, przeciągnęła się, a potem z trudem zarzuciła na siebie
plecak Tatry, dokładnie taki jaki miałem lata temu. Zadźwięczał blaszany kubek.
Dziewczyna przepadła w ciemności i cisza zamknęła się za nią jak drzwi.
Siedzieliśmy w
milczeniu i grzali się przy jasnym, mocnym ogniu. Czułem jak mi się kolana
nagrzały, aż się bałem, żeby ich nie poparzyć, paliły mnie spodnie, ale jakoś
nie chciało mi się odsuwać od tego ognia w mrok. Kolega obok, dryblas w
przykrótkich spodniach i ortalionowej kurtce wyciągnął nogi w stronę ognia. –
No, no – zawołał nań karcąco starszy mężczyzna z bródką siedzący naprzeciw
niego – weź pan te nogi, panie kolego, bo się podeszwy panu sfajczą. Dryblas
posłusznie podciągną nogi pod siebie i siedział niemal w kucki. Brodę oparł na
kolanach i zapatrzył się w ogień.
Wówczas
spomiędzy świerkowych gałązek wynurzył się postawny mężczyzna w jesionce
podbijanej futrem, z teczką, czarną skórzaną, w ręku.
- O, pan widzę
do pracy – zadrwił mój sąsiad.
- Zawsze, drogi
panie – odpowiedział tamten – i zawsze
na czas – to cz-a-s wypowiedział tak, jakby istota tego słowa kryła się nie
tylko w złożeniu liter, ale także w każdej z nich oddzielnie. Nowy usiadł na
miejscu dziewczyny. Teczkę położył na kolanach, otworzył ją, wyjął jakieś
dokumenty i zaczął czytać, ale ciemność utrudniała mu to zadanie.
-- Wzrok pan
stracisz – zaniepokoił się starszy pan.
-- Trudno – mężczyzna
przysunął dokumenty do ognia, aż zajęły się i zaczęły mu płonąć w rękach. – Co pan
robi? – zawołał mój sąsiad.
-- Tak właśnie
trzeba, tak trzeba – mówił i wyciągał z teczki kolejne kartki, czytał je i
równocześnie podpalał. Czoło przy tym zmarszczył i zdawało się, że wyczytuje z
tych płonących kartek jakieś istotne informacje. Kiwał głową, zastanawiał się.
Wszyscy, chcąc nie chcąc, podnieśliśmy na niego wzrok i patrzyliśmy na te jego
płonące dokumenty. Ale najwyraźniej w końcu spalił wszystko. Teczkę zapiął na
zatrzask i wstał. – No, na mnie już czas – dodał rozglądając się wokół, jakby
szukał drogi.—O, tam – i ruszył natychmiast w tę stronę. Ciemność i cisza połknęły
go natychmiast.
Znów ogień i trzask i skwierczenie i milczenie. W głowie zaczęło mi się
mącić od tej ciszy i ciemności. Jak długo już tu siedzę. Za długo. Rozejrzałem
się, ale wokół było tak ciemno, jakby istnienie świata wyznaczał krąg światła,
a poza tym nic. – Która to może być godzina? – pomyślałem i odruchowo
podciągnąłem rękaw lewej ręki. – O choroba, zapomniałem zegarka z domu – byłem zły
na siebie. Nigdy się z nim nie rozstawałem. W końcu trzeba wiedzieć, która
godzina. Niektórych spraw nie da się przełożyć w czasie, domagają się punktualności.
-- Nie ma rady, pomyślałem – muszę wrócić. Wstałem więc i postąpiłem krok, ale nie
byłbym sobą, gdybym odszedł tak bez słowa – dobranoc i dziękuję panom za miłe
towarzystwo – ukłoniłem się lekko myśląc przy tym, czy aby pamiętam, gdzie to
było. Ale zanim przypomniałem sobie cokolwiek, postąpiłem krok i zanurzyłem się
w ciemność a wtedy nie miało to już żadnego znaczenia.

Komentarze
Prześlij komentarz