STARA KOBIETA


Stara kobieta wyrusza z domu. Przekracza wytarty próg, zatrzaskuje stare, jak ona sama, drzwi i w swoim kwiecistym fartuchu, w którym wygląda jak bogini kwiatów, jak uosobienie łąki, rusza przed siebie.
Idzie wolno. Chodzenie, wbrew pozorom, to ciężka praca, walka z siłami, które ciągną wstecz i w dół, z siłą odśrodkową, która za wszelką cenę próbuje rozbić jej kruche ciało na tysiące kawałków. Gdyby się dobrze przysłuchać, dało by się usłyszeć klekotanie kości, które przy każdym ruchu przetaczają się, ocierają o siebie i postukują. Stara kobieta już nie pokonuje przestrzeni. To przestrzeń pokonuje ją.
Zanurza nogi w wysokiej trawie. Przystaje na miedzy i schyla się, by zerwać pierwszy żółty baldach. Przygląda mu się. Niektóre kwiatki zdążyły już zaschnąć, płatki opadają przy dotknięciu. Inne są jeszcze w pąkach. – Co za rok – myśli – wszystko dzieje się tak szybko, trudno nadążyć.
Zbiera kolejne żółte kwiaty. W końcu ich naręcze przytracza sobie do fartucha. 
To dziurawiec. Pomoże jej przetrwać jesień.
Idzie dalej miedzą pomiędzy polami. Po lewej stronie niskie żyto wyciąga ku górze palce. Jak prymus chętny do odpowiedzi. Stara kobieta myśli o szkole, równych rzędach ławek, uczesanych włosach pachnących octem i wiośnie za oknem, która wołała ich do siebie na pierwsze dzikie i szalone wędrówki w nieznane.
Spomiędzy żółknących kłosów ciekawie patrzą ku niej błękitne oczy bławatków. – Idzie już po nas – myślą chabry – stara kobieta nadchodzi. To już czas, już czas – myślą i poddają wdzięczne i kruche główki pod jej rękę, a ona zrywa je i wciska w kieszeń fartucha. W końcu ma ich pełno. Kieszeń jest wypchana błękitnymi oczami chabrów
Wędruje dalej. Droga prowadzi w dół ku strumieniowi. Brzeg rozbity jest kopytami jeleni. Stara kobieta stawia stopę w błocie. Błoto oblepia jej pomarszczoną skórę i natychmiast zasycha. Błoto wygląda jak jej skóra. Skóra starej kobiety to zaschnięte błoto. Pewnego dnia wyschnie do reszty, pokruszy się na kawałki i znów stanie się ziemią.
Za strumieniem nie ma już miedzy, nie widać drogi. Łąka rozkłada bujne uda na kwiecistej chuście. Południowy blask kładzie się na niej i ozłaca. Każe myśleć o jesieni. Stara kobieta wspina się pod górę. Powoli i z trudem, ale i z uporem. Krok po kroku, choć kości gruchoczą, choć skóra napina się i schnie w popołudniowym słońcu. W końcu dociera pod rozłożysty dąb, gdzie w kępach rozkwita macierzanka. Stara kobieta dobrze wie, gdzie trzeba iść, gdzie szukać. Zna dobrze macierzankowe uroczyska. Wychowała się z macierzanką, dorastała ze skrzypem, stawiała pierwsze kroki wraz z dziurawcem. Są jak rodzina. Pochyla się i rwie garściami . Kwiaty sypią w jej stronę iskry zapachu, jakby chciały coś powiedzieć, obronić się, albo podziękować. Zapach jest ich pieśnią, niesie się w dal, rozwiewa ją wiatr. Stara kobieta słucha tej pieśni. Zna ją dobrze. Przyjdzie czas kiedy zaśpiewa ją sama. Ale jeszcze nie dziś.
Macierzanka także pomoże jej przetrwać jesień, a potem zimę. Macierzanka dobra jest na kaszel, ale przywraca też pamięć dobrych dni, kiedy lato było w pełni, kiedy my sami byliśmy w pełni, w pełni byliśmy, całe słoneczne lato.  W koszyczkach kwiatów przechowuje drobiny słońca, zapach łąki w samo południe i rozgrzanej ziemi, brzęczenie pracowitych pszczół i szerokie, jasne czoło letniego nieba. Kiedy przychodzi mróz i biel przykrywa wszystko smętnym całunem, wystarczyć zalać wrzątkiem ususzone wspomnienie i pić, pić. I nagle przed oczami staje nam tamta łąka, umajona, ukwiecona, łąka, na której można było zalec i na której można było ulec. Stara kobieta pamięta to dobrze. Nagie ramiona i uda zapadające się w kwietny dywan dyszący słodkim zapachem pod ciężarem wilgotnych ciał. Uśmiecha się do swoich wspomnień. Ta historia już nie jest dla niej. Dawno już wsiąkła w łąkę, jak pot, jak soki, którymi spłynęli tego dnia. Wyrosły z nich niewinne krwawniki i mięsisty żywokost wstydliwie opuszczający wzrok.
            Stara kobieta ma już wszystko czego potrzebuje. Zatrzymuje się jednak na chwilę i przygląda się kwiatom. – Co za rok – wzdycha – i powoli wędruje w stronę, gdzie zachodzi słońce. Zza góry wylewa się blask. Oblewa złotem dolinę, zagarnia jej drobną postać pośród ukwieconej łąki, jej pamięć, wspomnienie letniej miłości i miejsce po tęsknocie. Zagarnia wszystko i zamyka ostatecznie w tężejącym bursztynie. Kiedy mu się przyjrzysz, zobaczysz na pewno delikatną jak włos dróżkę, która prowadzi do jej domu. Stare drzwi na zawsze pozostały otwarte. Drzwi, do których wędruje zatrzymana w czasie. Pokonana przez przestrzeń.

Komentarze

Popularne posty