INSTALACJE
Dzień wyrzucania
wielkogabarytowych śmieci to jest jedyny moment kiedy wszyscy na równi, także
mieszkańcy wiosek i małych miasteczek, praktykują sztukę współczesną. I trzeba
powiedzieć, że są w tym naprawdę nieźli.
Jadę
i obserwuję kantorowskie instalacje ustawione wzdłuż drogi na Brzozów. Stoją tu
krzesła, stoły, fotele, z rzadka tylko starsze kredensy i ławy przeżarte
wilgocią i czasem, kuchenne sprzęty, pożółkłe materace ogołocone z pokrowców i
nieoczywiste, wybebeszone formy, które już niczego nie przypominają.
Kompozycje są naprawdę udane.
Niektóre statyczne, dobrze wyważone, inne znów dynamiczne. Czasem wystarczy
minimum – ot trzy zielone krzesła naprzeciwko drogi, jak wyczekujące kobiety,
jak znaki zapytania wobec prędkości i pośpiechu życia. Największe i przygnębiające
zarazem wrażenie robią na mnie nie tak znów stare ale szybko postarzałe
kuchenne szafki z byle płyty i dykty z pożółkłym, trupim wnętrzem na wierzchu.
I stare wielkie zamrażarki wydłubane ze stodół i kanciap. Przez lata sztywniały
w nich ciała zabijanych zwierząt i czerwone flaki truskawek oraz innych łupów,
które trzeba było zostawić na później. Dziś stoją pordzewiałe. Ich designe ma
w sobie szpitalny, niepokojący sznyt, który przywodzi na myśl samą
ostateczność.
Jadę na Brzozów, spotkać się ze
starszymi ludźmi, żeby rozmawiać o tym, czego już dziś nie ma, a raczej jest,
ale już nie działa. Stoi w zakamarkach pamięci i rdzewieje. Wiersz z pierwszej
komunii świętej, piosenka kolędników sprzed lat i zapach popiołu, którym myło się włosy w
czasach, które nie mogły się przecież wydarzyć naprawdę. Będziemy wystawiać te
niepotrzebne sprzęty na pobocza naszych codzienności i układać z nich nowe,
kantorowskie kompozycje. Być może nikt z mijających je nie doceni kunsztu, ani
konceptu. Trudno.
A potem podjedzie wielki
samochód, zgarnie to wszystko stalową łapą zmieli w swoim gorącym brzuchu i wywiezie na śmietnik.

Komentarze
Prześlij komentarz