NOWY CZAS
Jaki
pierwszy dzień, taki cały rok – powiadało się u mnie w domu.
Dlatego, niezależnie od niedawno zakończonych świątecznych
porządków, przed Sylwestrem panował prawdziwy szał sprzątania.
Rodzice wysuwali szafki, dźwigali pralkę, by wynieść ją na
środek niewielkiej łazienki. Wszystko po to, aby uprzątnąć
każdy, nawet najbardziej zapomniany zakamarek. Wystawiano z
kuchennych szafek statki, z szuflad na podłogę wysypywano drewniane
łyżki, plastikowe torebki skrzętnie poskładane w kostkę i
wycięte z gazet w ostatnim roku przepisy. Wszystko czyste, lśniące,
idealne musiało w tym czasie trafić na właściwe miejsce. Trudno
było mi się odnaleźć w tym wirze działań, ale rozumiałam
i przyjmowałam logikę nowego początku, którą ojciec
wyjaśniał mi opowiadając straszne historie o tych, którzy nie
wyczyścili żałoby za paznokciami i potem chodzili tak przez cały
rok, brudni i smętni. Albo nie uczesali się i z kołtunem na
głowie, widomym znakiem chaosu, przemierzyli kolejny rok życia. To
były historie pełne grozy. Bo jakżeż można dopuścić do takiej
katastrofy. To było naruszenie nie tylko zasad estetycznych, ale
także jakiegoś kosmicznego porządku. Czułam to wyraźnie. Dlatego
z pokorą przyjmowałam konieczność zdjęcia wszystkich książek z
niemałej biblioteki, czyszczenia półek pachnącym płynem do
drewna, a potem układanie wszystkiego od nowa, lepiej, według
nowej, bardziej przemyślanej logiki. Niby to było jasne, że
idealnie czyste powierzchnie już za dwa dni pokryje warstewka kurzu,
co więcej wtedy już nikogo z nas nie zmobilizuje to do
przedsiębrania takich nadzwyczajnych środków. Nie ważne. Liczyło
się teraz, to wyjątkowe teraz, które stać się miało naszym
zawsze, przynajmniej na rok. Wsunięta na wyczyszczoną
podłogę pralka pracowała na pełnych obrotach. Do
sylwestrowego wieczora nie mogło być w domu ani jednej brudnej
rzeczy. Włosy umyte, paznokcie przycięte, buty wypastowane, jakby
tego dnia spotykały się wszystkie niedziele roku. Bo pewnie
trochę tak było. Każda niedziela była pierwszym dniem, tylko w
innej skali. Nowy Rok – początek początków był święty po
wielokroć. Pamiętam ten niepokój – czy wszystkiego dopełniłam?
A może zmienić powłoczki? To nic, że dopiero założyłam nowe na
Święta. Teraz to co innego, inny czas. Zmieniałam więc pościel
na jeszcze bardziej idealną, pachnącą proszkiem i sztywną od
krochmalu, żeby nad ranem, po sylwestrowej nocy, złożyć głowę
na materii doskonale gładkiej i czystej.
Tak,
z pewnością absolutnie wierzyłam w cudowne odnowienie świata,
które dokonywało się z naszym udziałem i pomocą, poprzez
serię bezsensownych działań, bieganiny ze ścierką i miotłą.
Pośród mechanicznego szumu odkurzacza, w rytmie trzepanych dywanów
sprawialiśmy, że odradzał się świat, a czas ruszał z miejsca.
Dziś
już nikt z nas tego nie robi. Przedświąteczne zwykłe
porządki wystarczają. Może w sylwestrowe przedpołudnie mama
przetrze kurz w opustoszałym domu. Telewizor gra i wypełnia minuty,
tka z nich godziny mamiąc innymi, lepszymi światami, gdzieś tam,
na które można jedynie popatrzeć, albo angażuje w nieistniejące
waśnie i problemy, na które i tak nie znajdziemy rozwiązania.
Potem lampka szampana, czy drink, życzenia, bo tak jest w zwyczaju i
tyle. A machina świata jak trwała, tak trwa, obojętna na nasze
życiowe cykle i sens, który próbujemy im nadać. Powiedzenie ojca
o znaczeniu pierwszego dnia, przestrogi, że pozostawiony na nowy rok
bałagan nie opuści mnie już i będzie mnie prześladował do końca
nowego cyklu, podobnie jak wypowiedziane wówczas złe słowo,
przekleństwo albo brak w spichlerzu, czy w sercu - wszystko to stało
się jedynie wspomnieniem, deseniem na efemerycznej, półprzejrzystej
materii pamięci. Może któregoś roku zaniedbaliśmy czegoś?
Zapomnieliśmy o niepozornym, choć istotnym, zakamarku do
uporządkowania, o sprawie, którą – jak książkę – tego dnia
należało odstawić na czystą półkę. Wielki wspólny sens, w
którym uczestniczyliśmy, potężne i jednoczące znaczenie
odwróciło się od nas i stało się odległe, niedostępne. I
dziś zostaliśmy sami. Jedyna perspektywa to codzienność - nasze
„teraz” maleńkie jak mieszkanko w bloku z wielkiej płyty. Bez
widoków na przyszłość.
Dlaczego
wspominam dziś te nasze rodzinne, magiczne czynności? Może
dlatego, że jest kolejny Sylwester i mija czterdziesty drugi rok
mojego życia, dzieci dorastają, magia ostatecznie pryska i teraz to
mój dom pustoszeje i przyszedł czas, by kupić telewizor? Ale może
też dlatego wracam do tych dni, bo kiedy wspominam, kiedy opowiadam
o tej przemożnej sile, której ulegaliśmy, o tej zachwycającej
odnowie, która stawała się naszym udziałem dzięki serii
rytualnych czynności, czuję, że to się choć w części uobecnia
i daje nadzieję. Uśmiech, który na wspomnienie obsesyjnych
porządków siłą rzeczy pojawia mi się na twarzy nie jest
uśmiechem drwiny, ale raczej dobrotliwym i czułym, pełnym tęsknoty
gestem przywołania, dotknięcia znów, choć na moment, tamtej
rzeczywistości. Wspomnieniem rodzinnego domu z całym znaczeniowym
zapleczem tego pojęcia. Stoi też za tym odrobina wiary w to, że
wszystko co wówczas robiliśmy, działo się naprawdę i –
kto wie – być może dzieje się nadal tam, gdzie to
zostawiliśmy wraz z naszym, przypominającym wylinkę, dzieciństwem.
Możemy tam powrócić jedynie dzięki pamięci, bo te same
gesty odtwarzane dziś, nie miałby już dawnej mocy. Odświeżam
więc moją pamięć, porządkuję i odkurzam i czekam w
napięciu, by odnowił się czas.
Jak
było na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków.

Komentarze
Prześlij komentarz