WOJNA PO WĘGIERSKU
Ta wystawa naprawdę mnie
zaskoczyła. Poszłam, bo u nas tak mało się dzieje, trzeba docenić
każdą kulturalną aktywność, wspierać się w tych
działaniach, zapełniać salę i po prostu być, by byciem dawać
znać, że warto, że to ważne, że jest dla kogo.
Ale to mnie zaskoczyło.
Młoda węgierska malarka, Erzsebet Paljanos, o której nigdy
przedtem nie słyszałam - zresztą, czy słyszałam o jakimkolwiek
węgierskim malarzu? Pisarze są mi bliżsi. Gdybym doczytała, że
to obrazy batalistyczne, pewnie bym nie przyszła. Wojna mnie nie
interesuje. Malarstwo batalistyczne jest zwykle dosłowne,
realistyczne i męczące. Tematyka po prostu nie moja. I jakież było
moje zdziwienie kiedy okazało się, że można o tym mówić inaczej,
opowiadać o świecie wojny językiem metafory, w kolorach niczym z
ilustracji do bajek, mówić o sprawach uniwersalnych, istotnych, nie
tylko o tym, że jedni naparzali drugich, wychodziły flaki a tłuste
i ciężkie konie miażdżyły walające się ciała.
Nie, tu tego nie było.
Raczej panowała cisza. Nawet na obrazie z doboszem na pierwszym
planie. Namysł jakiś, dziwna kontemplacja. To, co rzuciło mi
się w oczy, to spotkanie dwóch porządków, dwóch kierunków:
horyzontalnego i wertykalnego. Wojsko ciągnące przez węgierskie
równiny stawało się jedynie pewnym ornamentem na linii horyzontu.
Natomiast pojedynczy człowiek to był zawsze gwałtowny pion, czasem
podkreślony też odrobiną czerwieni. Pion przerywający równy
poziomy marsz, pion, który każe myśleć o wszystkim tym, co
indywidualne, co wyjątkowe. Wojna, w tym kontekście, wydała mi się
konfliktem tych dwóch porządków: horyzontalnego, a zarazem
przyziemnego i masowego, tłumnego, ujednoliconego i porządku
wertykalnego, zindywidualizowanej linii życia rozpiętej między
ziemią, a niebem. Często linii samotnej.
Pośród wielu ciekawych
obrazów jeden szczególnie przykuł moją uwagę. „Artylerzyści”,
olej na płótnie, wymiar: ot 50 x 70, a zawartość bardzo
szczególna.
Las. Błękitne,
rozbielone światło przypomina barwy dziecięcego pokoju. Właśnie
budzi się piękny dzień.
Jest ich dwóch. Ten
pierwszy stoi zwrócony do nas półprofilem, patrzy w niebo, gdzieś
nad linię horyzontu. Ma w sobie, w swojej sylwetce, w wyrazie twarzy
moc i dumę. I zadumę. Ręce zaplótł na piersiach. Jego postawa
jest przez to jeszcze bardziej pewna, stabilna. Ten mężczyzna
niczego się nie boi. Raczej marzy. Patrzy w jasne, poranne oczy
przyszłości, które zapowiadają tak wiele. Jeszcze dzień, dwa i
wojna się skończy. Ile się wtedy wydarzy! Już dziś
warto planować. Może kolejne dziecko, mleczna droga przez środek
ziemiańskiego salonu, mleczne światło wpadające przez okienka,
oblewające białym lukrem ich codzienność. A może remonty – dom
ma już swoje lata. Zasiewy – nie opuści już kolejnej
wiosny.
Za nim stoi drugi. Tak
bardzo podobny. Niemal identyczna postawa i płaszcz, na głowie
czapka. Jednym się różnią Ten drugi pozbawiony jest twarzy.
W tym miejscu ma jasną plamę, jego rysy są rozmyte, nie widać
linii ust, zarysu oczu. To oczywiście może być malarski skrót,
albo plama światła, która oślepia nas i odbiera ostrość naszemu
widzeniu. Ale z naszej perspektywy twarzy nie ma i już. Jest tylko
widmo.
Kim jest ten drugi,
stojący nieco w głębi za naszym rozmarzonym bohaterem? Zdaje się,
swoimi niewidzącymi oczyma, prześwietlać marzenia mężczyzny,
zadawać pytania jego myślom.
Kim jest?
Cień o ciele utkanym z
mroku, który powoli zasysa barwy marzyciela, jakby czerpał z niego
soki, odbierał mu jego pewną, dumną cielesność.
Jeszcze tylko twarz i będzie miał wszystko czego mu trzeba. A
tymczasem słodki błękit leje się z nieba, a jasne,
bezpieczne światło zapowiada piękny dzień. Za plecami mężczyzn
dwa drzewa, jak echo ich ciał, nierealne, prześwietlone słońcem
celują w górę.
A może tak naprawdę
istnieje, albo istniał, tylko ten drugi? A teraz wraca do miejsca,
które znał, gdzie był, gdzie ostatnio zdarzyło mu się marzyć
o dobrym życiu, które zacznie się po. Wraca i wciąż jeszcze
widzi tam siebie, z oczami wznoszącymi się ponad linię
horyzontu, w otwarte, jasne niebo.
Takie to było
inspirujące spotkanie z narodowym malarstwem batalistycznym naszych
bratanków. Niespodziewanie ważne i dające do myślenia spotkanie,
które na długo zapamiętam. Będę wspominać bajkowy smutek tych
obrazów myśląc o sprawach, które dzieją się także tu i
teraz.

Komentarze
Prześlij komentarz