TOWARZYSZE NIEDOLI
Nareszcie pierwszy śnieg.
Długo w tym roku czekaliśmy. Co to może znaczyć? Może zima
będzie długa i sroga? Takie tam wróżenie z fusów, ze śniegu, z
wody, z niczego.
Zaczęło się pięknie.
Za oknem powoli budził się poranek. Stałyśmy zapatrzone w
pobielony świat, w grube ciężkie płatki spadające na wyleniały
krajobraz. Od razu ładniej mu było w takiej białej
półprzezroczystej halce. Ale to tylko rano. Ołowiane niebo zawarło
się w końcu. Zbyt ciepło jeszcze było, by śnieg poleżał
choć dzień, dwa. Zaraz zaczął topnieć i tylko gdzieniegdzie
została przybrudzona jasna piana. Na kretowiskach, w szczelinach
międzypoukładanym drewnem, na zaschniętych liściach astrów –
tu leżał jeszcze chwilę, jak wspomnienie zimy, która skończyła
się zanim zaczęła się na dobre. I tyle, i po śniegu.
Znów wypełzła
zgnilizna i pleśń, a ołowiane niebo milczało nad nimi oniemiałe.
To było już dwa
tygodnie temu. Prawie. Bez dwóch dni. Niby krótko, na tyle krótko
żeby wszystko pamiętać. Ale i długo. Na tyle długo, żeby
zrozumieć ostateczność tego, co się stało, by uwierzyć, że
jest jak jest i inaczej nie będzie.
Długo się łudziłam,
długo myślałam, że to tylko na chwilę. Ale potem były kolejne
dni, jej nie było i teraz już wiem. Teraz już mam pewność. Jest
jak jest.
Był wieczór. Chciałam
już iść spać. Na dworze wściekle ujadał nasz pies.
Wieczorem zawsze szczekał w niebo, w nic, był jak don Kichot,
walczył z niewidzialnym przeciwnikiem i nie poddawał się. Gdyby
zostawić go na dworze, szczekałby do rana, sąsiedzi by
się wściekli, my byśmy zwariowali. Dlatego wyszłam zawołać
go do domu. Zanim przyszedł, ona wyszła. Wymknęła się cicho i
zniknęła w ciemności. Byłam pewna, że to tylko na chwilę dla
rozprostowania kości, zaczerpnięcia świeżego powietrza. Ale wtedy
zaraz by wróciła. Wcześniej tak bywało. A tymczasem za nią
zawarła się ciemność i wchłonęła ją ostatecznie. I już.
I tyle.
Mija drugi tydzień. Nie
ma jej. Czekam. Tak, ciągle trochę czekam. Wypatruję. Owszem,
nadal trochę wypatruję. Najpierw też nawoływałam, ale już
tego nie robię. Wtedy bardziej niż dziś wierzyłam, że
wróci, że przytuli się ciepła i miękka, pachnąca kadzidłem
i swoim kruchym, drobnym, kocim życiem.
Teraz już wiem.
Może nie wszystko wiem, bo jednak trochę wypatruję i odrobinę
czekam, ale to najważniejsze chyba już wiem. Jej już nie ma,
nie wróci, nie będzie jej więcej dla nas. Nie. Amen.
Czasem zastanawiam się,
co mogło się stać? Wyobraźnia produkuje kolejne scenariusze,
które a to mają pocieszyć i stworzyć iluzję, że wszystko jest w
porządku, a to znów budzą poczucie winy i jątrzą tę po niej
ranę. No więc czasem myślę, że wybrała inny dom, innych ludzi,
inną miskę z lepszą zawartością, bo my pod tym względem na
pewno nie jesteśmy idealni. Żyje więc sobie w luksusowym domu,
micha co dzień pełna świeżego mięsa, może gotowanych dla niej
wątróbek, ciepło, nawet podłoga podgrzewana. W nocy tuli inne
ciała i chłonie ich zapachy i przechowuje w swoim futrze. Rano
czeka przy misce, kuweta, spacer w poszukiwaniu drobnych kocich
przygód i powrót na ciepłe fotele, łóżka, zapiecki. I tak
się to kręci, że nawet nie ma czasu myśleć, że kiedyś
było inaczej.
Innym razem wydaje mi
się, że słyszę jak miauczy przeraźliwie wołając nas na pomoc.
Nie wiem, skąd dobiega jej głos, nie umiem jej pomóc, a od tego –
to dla mnie jasne - zależy jej życie. Jestem bezradna, a ona ginie
na oczach mojej wyobraźni. I tę śmierć i to jej uprzednie
cierpienie przeżywam teraz dość często. Wraca do mnie
poczucie winy, bo może coś można było zrobić?
A może ze mną jest
coś nie tak? Nie mieć szczęścia do kotów to musi
coś znaczyć. A może to moje koty nie miały szczęścia
do ludzi? Trudno powiedzieć, która perspektywa jest ważniejsza.
Nasza kocia historia jest już dość długa, jak historia
naszej tułaczki od domu do domu i naszego niezakorzenienia. Na
początku był długowłosy szary kociak. Uroczy, choć z fatalnym
charakterem. Niemniej dobrze nam było razem. Budził nas w nocy
kiedy przychodziła mu ochota na pieszczoty, robił masaż miękkimi
łapami, mruczał głośno i domagał się uwagi. Potem
musieliśmy ruszyć dalej, a naszego puchatego kota oddać znajomej,
bo tam, gdzie mieliśmy teraz żyć, na kota nie było miejsca.
Nie, to nie był nasz
pierwszy kot. Pierwszy był pół dziki Kocicho. Przychodził rzadko,
chciał coś zjeść i ogrzać się naszym ciepłem, popatrzeć,
poprzynależeć, a potem odejść. Któregoś dnia dawał mi znaki.
Poszłam za nim ulicami miasteczka w miejsce odludne, oddalone, w
brzozowy zagajnik. Usiadł pod drzewem i czekał. Nagle usłyszałam
miauczenie dobiegające z góry. To była zdenerwowana sójka
podlatująca nad gniazdem i naśladująca miauczenie. Może tak
chciała kota odgonić, albo czarowała rzeczywistość: „nie, nie
ma tu żadnych ptaków, pomyliłeś się mój drogi, tu
mieszkają koty, tak, w tym gnieździe na wiotkiej brzozie, same
koty, żadnych ptaków”. Nie wiem, co chciał mi przez to
powiedzieć Kocicho, mój stary, dziki kot. Może chciał podzielić
się tajemnicą? A może zdarzało mu się wcześniej
wybierać jajka z tego gniazda, a teraz, w dowód swej kociej
miłości, postanowił zaprosić mnie do wspólnego stołu.
Zdradziliśmy go.
Porzuciliśmy tak jak porzuciliśmy dom, który zaczął rozpadać
się, niszczeć i umierać. Próbowaliśmy zabrać kota ze sobą, ale
uciekł i wrócił, a my poddaliśmy się i pozwoliliśmy mu zostać
i czekać. Czasem chadzaliśmy odwiedzić stare kąty, popatrzeć na
miniony czas zmaterializowany w tym opuszczonym, zarośniętym,
zapomnianym miejscu. Widywaliśmy go jak przemykał w ogrodzie, migał
nam przed oczami jak plama światła, blik.
A potem pojawił się ten
puchaty kocurek, Puszek, ze swoim zagarniającym wszystko i
wszystkich dla siebie charakterem. A potem Puszka wzięła koleżanka,
bo my nie mogliśmy go zabrać tam dokąd prowadziły nas drogi, do
tego naszego nowego, innego życia. Ale i tam przyszedł czas na
własne, tymczasowe schronienie i na kota przeszedł czas i wzięliśmy
ją – Kicię, delikatną piękność. Nikt nie dał mi w życiu
tyle czułości co ona. Czasem, kiedy nocą wtulała się we mnie
miękka jak jedwab i ciepła i pachnąca kocim kadzidlanym futrem,
myślałam, żeby mnie adoptowała, żeby została moją matką.
Chciałabym zanurzyć twarz w jej futrze i ssać jej mleko, dać
się strofować i wylizać, całkiem się tej jej ciepłej
i przytulnej kociej czułości oddać.
Kicia była z Nowicy. U
stóp góry spotkaliśmy niejakiego Johna, czy Jimmiego. Wyglądał
jak zagubiony w beskidzie kowboj z westernu. O coś pytał, o
czymś długo mówił trochę bez ładu i składu bo, co tu
kryć, nie był do końca trzeźwy. A potem wsiedliśmy do jego
terenówki i ruszyliśmy pod górę. Zatrzymał samochód przy starej
chałupie. Kiedy tylko wyszliśmy wybiegła do nas kocia matka z
wyciągniętymi prawie do ziemi, różowymi sutkami, a za nią
dziesięcioro maluchów. Kicia była najmniejsza.
I tak znalazła się u
nas. Ten czarny kociak z białą łatką na nosie i na plecach,
łatką która – kiedy spał skulony - tworzyła na jego boku
doskonały znak tao, kociak o granatowych oczach przerażał naszego
psa. Już pierwsze prychnięcie wystarczyło, żeby Bzik schował
się smutny w kącie – zdetronizowany starszy brat. Potem było
między nimi trochę lepiej, ale kiedy tylko się dało Bzik
odgrywał się na Kici, ciągną po śniegu, albo
łapał zębami za ogon.
Nikt nie
potrafił przytulać tak, jak Kicia. Każdy z nas rankiem
twierdził, że to z nim spała, że to jego przytulała i jemu
mruczała do ucha. Taka była nasza Kicia. Cudowna. Potem za wcześnie
zaszła w ciążę. Tak mi się coś zdawało, bo sutki jej się
powiększyły, ona sama stała się nerwowa, niespokojna. Była
wciąż jeszcze mała, za mała. Dlatego któregoś dnia
urodziła na moim łóżku za małe dziecko. Maleńką istotkę
mającą może dwa, albo trzy centymetry, podobną do ludzkiego
płodu. Pomyślałam wtedy, że w istocie jesteśmy tym samym, a
nasze ludzkie, kocie, psie formy to tylko rodzaj awatara. Powinniśmy
o tym pamiętać, o tej jedności, o identyczności, która czyni z
nas rodzinę. Mali, bezbronni, czerwoni, z wielką głową kosmity
i błonami zasłaniającymi nasze delikatne oczy. Piękni.
Potem znów nas
przegoniono. Spakowaliśmy tobołki i w drogę. A Kicia z nami. Nowy
dom był smutny. W powietrzu wisiało czyjeś nieszczęście, jak
stary porzucony płaszcz. Nocą biegały szczury, puste pomieszczenia
śmierdziały trupem. Kici też się nie podobało. Niedługo po
przeprowadzce weszła do wiklinowego koszyka i zamarła. I zmarła.
Wyciągałam ją z trudem, bo jej drewniane ciało klinowało
się w wąskim otworze. Wykopałam dół pod młodą jabłonką i
chciało mi się płakać. To był pierwszy kwietnia. Prima
aprilis. Wiosna nadchodziła, ale przecież to także najokrutniejszy
miesiąc. Zostaliśmy sami bez matki, bez ciepła i czułości
miękkich łap i szorstkiego języka.
Tęskniliśmy.
Na jesieni pojawił
się on. Alfred. Biały, z trzema czarnymi kropkami na plecach.
Futro miał długie i miękkie jak królik. Nie lubił się przytulać,
chyba że czasem i tylko na swoich warunkach, a kiedy ochota na
pieszczoty nagle mu mijała, wbijał ostre sztylety pazurów w
uda, piersi, ręce niewinnej ofiary. Tak po prostu. Najbardziej lubił
wspinać się na kuchenne szafki, abo wchodzić na lodówkę
siadać i patrzeć z góry i mierzyć krytycznym wzrokiem nasz
ludzki, marny świat. I tak zyskał przydomek Hejter, Alfred Hejter -
czy to nie brzmi dumnie?
A potem znów tułaczka
do kolejnej przystani. Pewnego dnia wyszedł z domu i nie wrócił.
Wracając do domu zobaczyłam jego białe ciało jaśniejące na
brudnym poboczu. Podniosłam je. Smutny pies obwąchał rywala,
którego jednak wolałby widzieć żywym. Wykopałam grób w
ogrodzie, a na nim położyłam płaski kamień. Znowu był pierwszy
kwietnia, najokrutniejszy miesiąc.
Dlatego kiedy nie
wróciła na noc, a rano nie czekała pod drzwiami głodna, poszłam
na drogę. Przeszłam wzdłuż w te i z powrotem, sprawdziłam
pobocza i rowy, ale nigdzie jej nie było. Więc może jednak nic
się nie stało? Czekałam cierpliwie pewna, że na jakiś czas
wciągnęły ją kocie sprawy. Ale teraz, po prawie dwóch tygodniach
już wszystko wiem. Dla nas jej już nie ma. Nie będzie jej już
i nasza historia skończyła się przedwcześnie i pewnie nigdy
nie dowiemy się jak i dlaczego, chyba że jakiś kolejny futrzany
towarzysz zaprowadzi nas w to miejsce i pokaże tak, jak Kocicho
pokazał mi gniazdo sójki. Może. Na pewno niedługo znowu wyruszymy
w drogę. Jestem pewna, że gdziekolwiek przystaniemy tam na chwilę
pojawi się ktoś, futrzany towarzysz niedoli zatrzyma się przy
nas, by nas ogrzać, otulić, nas, wędrowców, swoim ciepłem, być,
a potem odejść cicho kiedy przyjdzie czas.

Komentarze
Prześlij komentarz