PODRÓŻ NA WSCHÓD

To już kolejna noc. Budzę się przed świtem. Jest dokładnie czwarta. Tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. Precyzja, z jaką moje ciało reaguje na nadchodzący świt jest zaskakująca, mechaniczna, jak w zegarku. Nie naturalna. Bo, przecież, skąd wiem, skąd wie moje ciało, mózg o tym, że wskazówki jednego, czy drugiego zegara, w tej, a nie innej strefie czasowej, mijają to właśnie, a nie inne pole na okrągłym cyferblacie?
Ale budzę się, z tą niewiarygodną precyzją cyborga i leżę w absolutnej ciemności. Czasami otwieram oczy, czasem zamykam, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Zupełnie jakby mnie wcale nie było. Jakby ze mnie została jedynie ta resztka świadomości. „Jestem” samo zostało, wyzute z płci, nawet pozbawione zaimka, może więc tkwi tu zawieszone, jako bezosobowe „być”, albo nawet „bycie” - coś między aktem, a rzeczą.
Leżę i patrzę w ciemność. Albo nie patrzę, a ona i tak tu jest. Oblepia mnie, oblewa, jak płynny, ale tężejący gips. I zastyga kurcząc się wokół mnie, zaciskając na mnie, kleszcząc mnie w sobie.
Nie czuję strachu kiedy połyka mnie ten gęsty schyłek nocy, ten jej ostatni spazm. Nie. Leżę spokojna, rozluźniona, wypoczęta tak, jakby to nie była czwarta nad ranem po krótkim, pospiesznym śnie. Leżę i oddaję się nocy, pozwalam jej wziąć mnie w posiadanie. Poddaję się jej tak, jak kiedyś chciałabym się poddać śmierci – tej pięknej i mrocznej królowej wszystkich nocy. Tej nocy absolutnej i doskonałej.
Kiedy mija ta najciemniejsza z nocnych godzin, mrok powoli rzednie. Rozpuszcza się, jakby ktoś dolał wody do zbyt mocnej esencji. Pierwsze samochody nakłuwają ciemność sztyletami stroboskopowych świateł. Tak to przynajmniej wygląda stąd, z perspektywy mojego porannego grobowca. Narastający szum, blak, blask, blask, na oknie, na ścianie, na szafie i tonika oddalającej się maszyny. Światło na moment wydobywa z niebytu fragmenty pokoju. Niespójne, nieczytelne, ale materialne. A więc wszystko już jest. Za kurtyną nocy czeka gotowe na świt. Dźwiga się i formuje z mroku, z chaosu nocy, nabiera kształtów. Jeszcze chwila i stanie się szafą, biurkiem, ścianą, domem, człowiekiem, drzewem, psem, garnkiem na kuchni.
To za chwilę, bo jeszcze przez moment nie ma nic. Nie. Ja jestem. Moje bycie, zawieszone w ciemności, dryfuje w stronę światła.
Utkałeś mnie w łonie mej matki”.
A potem przychodzi godzina piąta i światło zstępuje na ziemię. Wszystkie latarnie Dukli i Nadola, a być może w ogóle wszystkich wiosek, miast i miasteczek od ukraińskiej, aż po niemiecką granicę, zwiastują nadejście dnia. I on faktycznie nadchodzi. Latem tryumfalnie wkracza i jednym cięciem pokonuje mrok. Teraz, w listopadzie, gramoli się ten stary dzień, ten zdetronizowany władca, nieporadnie. Czasem aż do wieczora nie może dojść na swoje miejsce, jakby się nie mógł zdecydować, widząc ten smętny, ogołocony świat, czy w ogóle chce tu być, czy ma ochotę, swoim jasnym blaskiem, swoim świetlistym imieniem firmować to coś, co przypomina pół żywe pisklę z przedwcześnie pękniętego jaja, niekształtny płód z kruchym zawiniątkiem życia tak podobnym wciąż jeszcze do śmierci.
A ostatnio, kiedy wszystkie latarnie tego świata rozpraszają mrok, by oznajmić wszem i wobec, że jest tylko to, co jest, ja myślę o tej krainie, którą widziałam niedawno zaledwie przez moment. Zamykam oczy zanim wkradnie się do nich światło i wyobrażam sobie, że znów tam jestem, pośród surowego, pustynnego krajobrazu, zagubiona w nieludzkiej przestrzeni, gdzie tylko kamień i pył, a resztki drobnych, kruchych roślin zdmuchuje gorący wiatr.
Tam też budzi się świt. Świt w kolorze skał i piasku, delikatnie zabarwiony ochrą, świt o zapachu, który trudno porównać z czymkolwiek znanym. Chcę wierzyć, że tam jestem. W pokoju niskiego, białego domu, za oknem też wstaje świt. Światło przelewa się nad dachami i wypełnia kamienistą dolinę, a potem podnosi swoje jasne oczy na Miasto wznoszące się na horyzoncie.
Wszystko to wydaje mi się dziś snem, co się zaplątał pod powiekami i mami, łudzi, że to zdarzyło się naprawdę: kamienne uliczki miasteczek i schody, handlarze dywanów i stukot kół na bruku, jak rytm darabuki pod wprawnymi palcami i ten zapach, który tak bardzo chciałam ze sobą zabrać.
Został pył na sandałach, pył z pustyni Negew i śliska, jak wężowe cielsko, sól z Morza Martwego uwięziona w mojej różowej apaszce. Pamiątki z podróży. Dzięki nim wiem, że wszystko to działo się naprawdę, że ten inny świat jest i czeka tam na mnie. Teraz, kiedy leżę w swoim porannym grobie, a uliczne latarnie zwiastują świt, tam także budzi się dzień i otwiera szeroko okna na kamienistą dolinę i Miasto, wielkie Miasto w oddali.

A potem otwieram oczy i jest to, co jest. Dzień jest i miasteczko, w którym być może do dziś snują się i mieszają z moim, minione marzenia innych ludzi, by wrócić, by wyruszyć tam, gdzie światło zmieszane z ochrą, co rano budzi surowy krajobraz i nawołuje się z pustynnym wiatrem gnając zapach i pył i śląc go w świat, jak wieść, jak tajemnicze zaproszenie.

Komentarze

Popularne posty