JOGGING Z PERSEWALEM
Dziś o
poranku znów poszłam biegać. Ostatnio jakoś gorzej mi idzie.
Forma spada, czasu mniej, ale tym bardziej cenię sobie ten z rzadka
podejmowany wysiłek. Budził się piękny jesienny dzień.
Biegłam i patrzyłam jak kolory zmieniają się na moich oczach, jak
się mienią. Droga wiła się wzdłuż strumienia, a potem przecięła
go i pobiegła prosto w dół, ku Dukli. Przede mną złote i ciężkie
jak kropla miodu słońce majestatycznie wdrapywało się po
niebie. I wtem, w tym oślepiającym blasku, pojawił się on -
chłop z furmanką. Wyglądał jak szablon, idealne odzwierciedlenie
tego, co nam się w wyobraźni wyświetla kiedy słyszymy:
„chłop z furmanką”. Ikona codzienności w nieskończonym
blasku. Wektory naszych dróg miały ten sam kierunek, ale przeciwny
zwrot, on wynurzał się ze światła, jak wędrowałam tam, gdzie
słońca już nie znajdę.
Powoli pozłota zsunęła się z jego
postaci jak płaszcz i rozlała wokół. Postać nabrała
realnych kształtów, wypełniła się kolorami. To był postawny
mężczyzna. Potężny brzuch nosił na szczupłych nogach dumnie
wypięty. Miał już swoje lata, ale jego twarz pozostała
czujna, z nutą wesołości w ciemnych oczach, okolona aureolą
posrebrzonych loków. Bardzo był piękny i mocny ów chłop z
furmanką, w swym porannym przemarszu przez wyludnioną wieś. Nosił
się jak król, który zwiedza nowo podbite krainy. A na wozie
wiózł gnój. Rarytas. Widok coraz rzadszy, bo kto dziś trzyma
krowy? Tyle z tym roboty. Był to więc gospodarz całą gębą.
Miał tego dobrodziejstwa pod dostatkiem, co i raz z wozu
coś się zsunęło znacząc za nim brunatny ślad.
Przyszło
mi do głowy, że powinnam zatrzymać go i spytać o ten obornik.
Moje pole, ledwie wydarte chaszczom, pole, które rodzi dynie
wielkości piłki do tenisa, bardzo go potrzebuje. Mielibyśmy plony
jak malowanie. Ale coś mnie powstrzymało.
Kiedy
się mijaliśmy, mężczyzna coś do mnie powiedział. Wyjęłam z
ucha słuchawkę i poprosiłam powtórzenie. - Biegnie pani z Krynicy
do Komańczy?
- Przecenia
mnie Pan – odparłam i pobiegłam dalej. Niezadane pytanie
próbowało mnie zatrzymać, kładło mi niewidzialną dłoń
na ramieniu, żebym odwróciła się i skorzystała z ostatniej
chwili.
Słońce
było już całkiem wysoko. Złocista poranna aura ustąpiła
miejsca zwykłej codziennej jasności, zupełnie tak, jakby ktoś
zgasił nastrojową nocną lampkę i zapalił górne,
oczywiste światło. Zniknął czar, a ja wciąż myślałam o
niezadanym pytaniu. I przyszedł mi do głowy inny dziwny orszak i
inny gapa, co się krygował i nie zapytał, bo lęk źle
pojętej grzeczności, ostrożnej akuratności spętał go jak kaftan
bezpieczeństwa. Nie zapytał, choć na jego oczach działy
się cuda. Ach ten Persewal! Jedno proste pytanie mogło tyle
zmienić, przywrócić życie całej krainie.
Karkołomne
to porównanie. Ale rozbiegany umysł nie ma ograniczeń w swej
syntetyzującej mocy. I tak powstał pomost między chłopem, który
pewnego październikowego dnia wiózł gnój w stronę Chyrowej,
a orszakiem świętego Graala.
Minęłam
rozwidlenia dróg i pobiegłam wprost do domu, w ten jeden z
ostatnich, pięknych, jesiennych dni. Historia Persewala powędrowała
za mną. Będę odtąd pamiętać tę chwilę, kiedy tak wiele
było możliwe, a jednak nie zdarzyło się nic.

Komentarze
Prześlij komentarz