ONI I JESIEŃ

Jesień się  znęca nad nimi tego roku. Tacy bezradni pod przypadkowym dachem parasola próbują oszukać los. A potem grzeją przy piecu zziębnięte dłonie. Złote liście, gdzie są złote liście, złoty kobierzec kosztowny i kruchy, w słońcu rozesłany? Gdzie babie lato na chłodnym podmuchu dryfujące? Gdzie góry z tysiąca barw utkane?
Nie ma litości. Deszcz pada już drugi tydzień i końca nie widać. Niepokoi i drażni nieustannym poszumem. W pierś uderza aż sił brak, by wstać. Na deszczu bełkotliwieją słowa. Woda spłukuje twarze. Drżą potem w kałużach jak oleiste plamy, nasze oblicza jesienne.
Widzę ich z daleka. Idą w stronę przystanku. Zawzięcie pokonują deszcz. Parasol do przodu i dalej! Tuż obok siebie, pod rękę, spleceni i wsparci na sobie, jakby w jednym ciele. Jakby jednym byli, taranem, koniem trojańskim, co w strefę deszczu wnika, by kawałek poszarzałego krajobrazu odbić z rąk wroga, ocalić. Na pozór nie różnią się niczym. Kurtka i płaszcz, on i ona, szarość w dwóch odmianach, smutna jak deszcz. Ale to tylko kostium, maskarada. Patrzę na nich i widzę, jak spod szarości połyskują barwy, jakby się chciały uwolnić, wyfrunąć, rozpostrzeć skrzydła. Wszystkie kolory jesieni skrycie ocalone. Ciepłe płynne złoto i niepokorna czerwień, a dalej cień smagłego brązu.
Stoją na przystanku. Ona poprawia poły płaszcza. Jeszcze nie czas. Zatłoczony autobus, gdzie twarz przy twarzy, ciało do ciała, scena zbiorowa. A ona z trudem brzuch pełen jesieni dłonią podtrzymuje. Wychodzą z autobusu i szybkim krokiem ruszają, by zdążyć, czas kurczy im się pod nogami. Zamek w drzwiach znajomo zgrzyta. Nareszcie można zdjąć płaszcz i wysypać z siebie cały ten drogocenny, sypki i szeleszczący dobytek. W okół niej liście się ścielą. Będzie je zbierał, jak pocałunki. We włosach tańczy wiatr. We włosach jasnych, jak ostatnie promienie słońca. Czerwona sukienka opina brzuch i łzy z deszczu wzięte, zbiera w dłonie jak cenne perełki.

 Patrzę z daleka. Znam ich dobrze. Małe drobne istoty i ich jesienne dni. Miłość jest mdła, słodkawa w smaku jak dynia, jak zapach palonych liści w ogrodzie budzi smutek i samotność. Nie wiem, czym jest w istocie. Widzę liście tylko, wiele kolorowych liści pomiędzy nią a nim i wiatr, który unosi je w górę i pozostawia samym sobie, zagubione, dryfujące w nieskończonej przestrzeni.

Komentarze

Popularne posty