MAŁY TANIEC
Dom, a raczej jego cień, dalekie echo.
Jesień za oknem znaczy barwny ślad w koronach klonów. Winorośl
puszy dumnie liście. To już ostatnie chwile, ostatni taniec.
Któregoś dnia mocniej dmuchnie wiatr, świt zetnie mrozem i ulecą
z drzew resztki życia i schnąć nam będą pod nogami zacierając
nasze ścieżki.
Trzeba się temu poddać.
Znów przeczekujemy w miejscu
wystarczająco dobrym. Czekamy na to, co przyniosą kolejne obroty
ziemi. Dzieci z nieśmiałą, lękliwą nadzieją, ja bez złudzeń.
Moje myśli znów wędrują tam. Błądzą Doliną jak ślepiec
szukający drogi do domu. Pod palcami wciąż kryją się ukochane
kształty, drogie faktury. Noszę je ze sobą, jak fotografie
najbliższych. Chciałabym znów przyłożyć dłonie do tych samych
grubych belek, powędrować w dół, po sękatych deskach jak po
kochanej twarzy i trafić na klamkę, wejść i nie być już
ociemniałą. Bo tu, we własnym domu, oczy nie są potrzebne.
Po co, skoro, wszystko jest tak bardzo znajome? Nie ma mowy o
błądzeniu. Stół pod oknem i ława, a za nią kredens, a obok piec
z niskim okapem - stoją na swoim miejscu i trwają jak filary, na
których wspiera się niebo.
Chciałabym tam wrócić, choć niedawno
zagrodzono drogę. Nie ma już przejścia do tamtego świata.
Właściciele mają swoje plany wobec domu. Nikt tam nie mieszka.
Pokoje, stodoła, boisko opustoszały. Podwórko zarasta barszczem i
pokrzywami. Zdarza mi się zakręcić z głównej drogi przez
wieś i zjechać w boczną, by z oddali popatrzeć w dół, na
Dolinę. Choć z daleka pozdrowić znajome kształty, jak dawno
niewidzianych najbliższych. Pod powiekami pustych okien wciąż nas
widzę, nasz czas, przerwany czas wije się jak wąż w trawie.
Na pustym podwórku cienie kolorowych dzieci bawią się piłką,
koło drugiej chałupy siedzi stara Strażniczka Doliny w jednej ze
swych sukni z tysiąca kwiatów. Patrzy na dzieci. Pewnie i ona widzi
czas, swój czas miniony, mija go w moim minionym czasie.
Tylko pamięć może cokolwiek ocalić,
tylko wyobraźnia jest w stanie tchnąć życie w martwe,
pozwolić, by nieistniejące postaci znów poruszyły się w swoim
tańcu, jak nakręcane laleczki. Mały taniec codziennych ruchów,
dwa kroki do przodu, gest ręką, grymas na twarzy, prosty taniec,
kropla życia zatrzymana na liściu.
Odjeżdżam z rozdartym sercem, ale
zarazem spokojna. Póki pamiętam, w Dolinie życie trwa, snuje
się jak dym, rozpościera nad łąką i wsiąka w ziemię.
Odtąd każdego jesiennego poranka wspominam patrząc na postępujący
czas.
Dom, w którym mieszkam, nasza
poczekalnia, przygarnia mnie i otula, jak przypadkowy towarzysz,
któremu można się zwierzyć z najskrytszych tajemnic. I tak
zniknie. Rozstaniemy się niebawem i jedynie mglisty ślad w pamięci
świadczyć będzie o naszym spotkaniu. A i ten zatrze się,
zabliźni. Inaczej było z Doliną. Przypadkowe spotkanie okazało
się rozpoznaniem. Wydawało się, że czekaliśmy na siebie od
zawsze, dla siebie stworzeni, pasujący do siebie, jak brakujące
części. Los nas spotkał, los nas rozdzielił. Ale spotkamy
się jeszcze. Kiedy czas pokona banalność trzech
wymiarów, nasze uwielbione śmiercią ciała rozprysną się we
wszechświecie, a potem spotykać się będą w nieskończoność
w ciałach zwierząt i roślin i wreszcie staniemy się jednością,
ja i mój dom.

Komentarze
Prześlij komentarz