CHŁOPIEC W MARYNARSKIM PŁASZCZYKU
Mężczyzna
w jesieni życia. Już kiedyś o nim pisałam, patrzyłam, jak idzie
ścieżką o zachodzie słońca. A może to był inny mężczyzna?
Sztafeta trwa. Wciąż pojawiają się nowi, kolejni, na ścieżce ku
zachodowi. Mężczyźni i kobiety, tacy lub inni, w zasadzie tak
podobni w tym złotym blasku zachodu, że można by ich pomylić i
powiedzieć, że to wciąż ta sama osoba powraca na ścieżkę, by
wykonać swój codzienny wieczorny spacer zanim położy się i
zaśnie.
Upływ
czasu dobrze widać na małych dzieciach. Zmieniają się z dnia
na dzień. Jednego dnia tylko leżą, następnego już wiją się
sprawnie i przewracają z brzucha na plecy, A potem któregoś razu
wstają i trzeba bardzo uważać, bo nagle cały świat, ze
wszystkimi jego zagrożeniami, staje się dostępny i kusi.
Ale
dzieci rosną i ich czas przystaje w pół drogi,
odpoczywa. Wówczas odwracamy wzrok ku rodzicom. Teraz ich ciała
zaczynają odmierzać minuty w swojej nagle widocznej zmianie. Starsi
ludzie i ich czas, wyjątkowy, czas pożegnań, kiedy nagle wszystko
co było zwyczajne zamienia się w złoto. I tak by się chciało
zostać.
On też
chciałby zostać w pokoju dzieciństwa, jeszcze się pobawić,
mamusiu, jeszcze chwilę – prosi. Ale zegar w jego pokoju bije.
Biją konie kopytami, konie zaprzężone już do wozu, którym
odjedzie. Skrzypią nienaoliwione osie, uprząż się plącze.
Czas ruszać. Czas odjeżdżać. Czas się żegnać. Ma teraz te
ostatnie minuty, jak kilka groszy w kieszeni, które w tym ludzkim
świecie rozmienimy na kilkanaście, czy może nawet kilkadziesiąt
lat. Ostatnich. Ale to nic nie zmienia. W życiu chłopca nadeszła
chwila, by odjechać w nieznane, wyruszyć. Jakkolwiek starałby się
przeciągnąć, rozciągnąć te ostatnie chwile, dobrze już wie, że
nieuchronnie nastąpi rozłąka. W słodkim czasie zabawy pojawia się
nuta goryczy. Nie może już skoncentrować się jak dawniej,
zanurzyć, zanurkować w wymyślonym świecie. Choć ręce
wciąż poruszają blaszany samochodzik i układają wieże z
klocków, głowa pakuje już manatki. Oczy skanują przestrzeń
już nie w poszukiwaniu kolejnej zabawki, ale ze smutnym
poczuciem, że oto ostatni raz: krzesło, stół, dywan, łóżko,
okno. Czas się żegnać. Nigdy już się nie zobaczymy. Nigdy
już tak jak dawniej. Bo kiedy czas się dopełni żadne krzesło
ani stół nie będą już potrzebne. A szkoda. Bo z
małych, prostych i kanciastych codziennych rzeczy składa się
szczęście. Nie z kosmicznego zjednoczenia. Przynajmniej tak nam się
zdaje dziś, tu, w dobrze znanej geometrii, pośród materii
tworzącej nieskomplikowane konfiguracje.
Dłoń
odrywa się od chłodnej powierzchni zabawki, oczy od znajomych
kształtów. Już stoi w przedpokoju, a matka, po raz ostatni, zapina
guziki jego marynarskiego płaszczyka.
Nie
ważny jest wiek, bo dla każdego z nas lata płyną nieco inaczej.
Istotny jest etap. Czy nadal buszujemy w bawialni pośród drogich
nam zabawek, pewni swego i zanurzeni bez reszty w błogiej
nieskończoności i beztrosce, czy może już nam powiedziano.
Patrzę
na niego i uczę się. To on mi mówi o przyszłym pożegnaniu.
Przyglądam się jak stoi bezradnie z dłonią opartą na
klamce. Nasłuchuje dźwięków dobiegających zza murów domu, a
zarazem z lękiem spogląda w kierunku tego, co pozostawił za
uchylonymi drzwiami do pokoju. Nasze oczy na chwilę się spotykają.
Przez moment łączą przyszły świat odległej podróży w
nieznane, z ukochanym czasem minionym.
Nie
mogę zrozumieć tego co widzę.
Tylko
patrzę.
Moja
wyobraźnia obraca w sobie ten obraz jak kawałek twardego mięsa i
chce się go pozbyć, wypluć, ale
już
za późno.
Od
tej pory drzwi pozostaną już na zawsze uchylone. W
interwałach między sekwencjami gier i zabaw będę wyobrażać
sobie, dokąd odjechał, będę tęsknić i raz po raz rzucę
ukradkowe, pełne lęku spojrzenie w stronę gdzie znikną na zawsze
chłopiec, mały chłopiec w marynarskim płaszczyku.

Komentarze
Prześlij komentarz