MIEJSCE
Niekończący się ruch,
wahadło, smutna dynamika niemocy. Pomiędzy Scyllą a Harybdą,
między niemożliwymi portami, w beznadziejnym poszukiwaniu środka.
Tak to widzę. Wciąż jeżdżę. W te i z powrotem. Już sześć lat
mija, a ja wciąż w drodze. Oswajam i zamieszkuję już tę wędrówkę
do nikąd. Coraz mniej mi się chce, coraz mniej w tym uniesień,
smutków i zachwytów. Porzucanie i docieranie staje się odruchem
bezwarunkowym, któremu podlegam i mogę tylko skonstatować, że
jest, że działa. Powoli przyzwyczajam się do braku zadomowienia,
choć boli wciąż tak samo. To poczucie nieprzynależenia, jakby się
było wyciętą z gazety postacią wklejoną w całkiem inny
krajobraz, elementem collage'u, w którym gryzą się kolory i formy.
Siedzę w domu rodzinnym
od kilku dni i myślę o tym i patrzę, jak za oknem zmienia się
krajobraz dzieciństwa, jak się nad nim znęca czas doklejając wąsy
kolejnych architektonicznych mód i poronionych deweloperskich
inwestycji. A kiedyś była przestrzeń z kominami siekierek
produkującymi od świtu białe obłoki dla miasta. Stolica, jej
duszne, wygrzane letnim słońcem serce, smętna uliczka starego
miasta wieczorem poraniona akordeonowym spleenem, bramy przy Nowym
Świecie – tajemnicze ogrody mojej młodości. Wszystko to latem
pachnie jak różany ogród dzieciństwa, świeżością, życiem. I
rani. A będą jeszcze sierpniowe wypominki warszawskie, o
których nie sposób nie myśleć. Wszystko to jest jakoś moje i
takie pozostanie, nawet w nowym, lepszym świecie, który sobie
wybrałam za ojczyznę. Korzeń, co nigdy nie uschnie, choć powoli w
tej kamiennej przestrzeni tracę orientację, gubię się tam, gdzie
kiedyś przebiegały moje codzienne ścieżki, zapominam. A potem
wracam do nowej ojczyzny, wciąż surowej i obcej, jak
nieumeblowany pokój. Trzeba to wszystko dopiero oswoić, wypełnić
sobą, zagrzać miejsce. O ile starczy siły i zapału, bo ten
opada z każdą chwilą. Już sześć lat staram się o dom, ale
krajobraz wciąż wypluwa mnie z siebie, dilejtuje. Ciągle
zaczynam od nowa. Staram się, oszukuję, przebieram się za tubylca,
ale rozpoznaje mnie i wyrzuca poza swój ciepły, udomowiony nawias.
Więc błąkam się od drzwi domu porzuconego, do drzwi tego nowego,
możliwego, ale wciąż nieosiągalnego, waham się i
pozostaję nigdzie. Niezadomowiona. Nowa, wymarzona cud ojczyzna
co i raz odbiera mi resztki uciułanego z trudnem poczucia
bezpieczeństwa, regularnie pielęgnuje obcość podcinając
rachityczne, pierwsze korzonki. Aranżuje performatywne,
parateatralne dramaty wokół z trudem budowanego domu: nadchodejście
wielkiej suszy, smok wypija całą wodę w studni, zostajemy
sami, bezradni, bezsilni, wygnani z tego, co zdawało się już jakąś
namiastką raju.
Zaczynam
się zastanawiać, czy mówiąc o niezadomowieniu mówię o
faktach? A może o mistycznym doświadczeniu danym w Drodze do? A
może o patologicznym zakręcie mojej psychiki? Albo o pomyłce, o
własnym wyobrażeniu - o czym ja w zasadzie mówię? Czym jest to,
co rozpoznaję jako ziarno uwierające pod puchowymi piernatami
codzienności? Braterstwo broni w tej walce o miejsce na świecie
czuję już tylko z Don Kichotem, walczymy wszak we wspólnej
sprawie. Z wiatrem i migotaniem światła, z szelestem liści i
nagłym przelotnym wrażeniem.
Desperacko sklecając ze
sobą kilka patyków i naciągając nad głowę plandekę, która
robi za dach, myślę o domu. Brak, wrak, strach i krach – bliskie
sobie dźwięki upadania.
Ech, niepozytywnie się
zrobiło, cóż. We środę opowiem o tym psychospowiedniczce mojej,
cierpliwej pani w chłodnym, wykafelkowanym zamczysku, opowiem o
wszystkich grzechach niezakorzenienia i nieprzynależności i
przynajmniej lżej mi się zrobi, że z tą opowieścią nie muszę
być sama, że mogę ją powierzyć na chwilę, dać do potrzymania,
jak kiedyś chomika i przez moment stać z boku, patrzeć i
myśleć, że to nie o mnie.
Gdyby nie dzieci,
wsiadłabym na wielki parowiec i odjechała stąd na zawsze.
Tymczasem pozostaje
czekać z tym głupkowatym poczuciem, że się człowiek sam ze sobą
nieustannie mija, z tym smutkiem, że mogłoby być inaczej, ale nie
jest, z tęsknotą za domem, za miejscem, za swoim miejscem i życiem,
które nareszcie, jak walizkę, można by tam wypakować.

Komentarze
Prześlij komentarz