RZEPAK
Czasem odnoszę
wrażenie, że istnieje jakaś niepisana zasada tego świata, by nie dać nam się
nasycić, by nas tylko zanęcić i porzucić w poczuciu niespełnienia i
rozpaczliwej tęsknoty. Zanim coś się na dobre rozpocznie już musi się kończyć.
Zanim nauczysz się kochać, bliscy umierają, albo odchodzą w swoją stronę, zanim
się zreflektujesz jak wiele możesz się nauczyć, kończą się studia i
konfrontujesz się z pustą nieskończona przestrzenią, którą nazywasz
przyszłością i meblujesz jak nowe mieszkanie. Szczególnie to, co dobre, miłe,
kończy się za wcześnie. Żyjemy życiem jętki jednodniówki. Dajemy się uwieść, złowić nas na haczyk,
a potem cierpimy porzuceni, roztęsknieni i pragnący wciąż więcej i więcej. Każda taka
tęsknota, każda jej drobna cząstka, jest kroplą jednej wielkiej tęsknoty. Za
rajem, za pełnią, za wiecznotrwaniem, sama nie wiem za czym, ale na pewno za
czymś bardziej, więcej i mocniej. Drobny brak, odejście, pozbawienie nas
czegoś, otwiera furtkę nieskończonemu pragnieniu i tęsknocie, która nie kończy
się na tym małym, ale rozciąga aż po horyzont wyobraźni. Myślałam już o tym
wielokrotnie, nie raz docierała do mnie ta konstatacja, czy przeczucie, a dziś
wraca z okazji przekwitania rzepaku. Tak właśnie, małe znów spotyka się z
wielkim i jak lustro odzwierciedla. Jeszcze tydzień temu jechałam na północ. Po
drodze, w miejscowości Niebylec, zza wzgórza wynurzały się dwa budynki –
kościół i synagoga, oba na tle pola rzepaku – wielkiego żółtego morza, co
wygląda jak ucieleśnienie światła, wcielenie blasku, słońca z nieba zstąpienie
i wylanie. A więc ten blask, ikoniczne
tło dla niemożliwego braterstwa. Ramię w ramię, kościół i synagoga, w tej
naturalnej ikonie przeniknięte światłem. Aż dech zapiera. Niebylec. Już kiedyś
to napisałam – to utopia po polsku. Nie istniejące miasteczko, nie-byłe,
niemożliwe staje się faktem, na chwilę, na mgnienie oka, na zaledwie kilka
kwadratowych kilometrów wyciętych z
podkarpackiej rzeczywistości. Może stąd to światło zstąpienie właśnie tu, ta
epifania blasku, która na moment każe uwierzyć w cuda.
Dziś zgasło
już światło rzepaku. Nie ma śladu po święcie słońca na polu w Niebylcu. Rzepak
przekwitł, żółć przeszła w zieleń, nabożeństwo skończone. Czas minął, drzwi
zamknięto. Kościół i synagoga mają dziś za plecami pole, ładne zielone, ale
zwyczajne. Na nowy rzepakowy cud trzeba nam będzie długo poczekać. Przeżyjemy smutki jesieni, płakać będziemy z
listopadem i umierać zimą. Ale – o ile
uda się przeżyć – za rok światło znów zstąpi z nieba, zmartwychwstanie w złotym
blasku słońce na polu w Niebylcu. I mu zmartwychwstaniemy w tych drobinach
światła zaklętych w kwiatach. Ale w tym roku, w tym cyklu, w tym kosmicznym
obiegu to już niemożliwe. Wszystko to już definitywnie za nami. Zapytuję więc
samą siebie, czy byłam wystarczająco czujna, czy wyczytałam z rzepakowego
lśnienia wszystko, co było do wyczytania? Czy kiedy słońce napęczniało w
kwiatach czuwałam? Czy byłam obecna przy delikatnych, niemal niezauważalnych
przemianach? Chyba nie. Znowu nie. Któregoś dnia w drodze zaskoczył mnie blask
na wzgórzu. Znów musiałam coś przeoczyć, pozwoliłam, żeby umknęło mi. A teraz
trzeba czekać i trwać, by być przy tym, kiedy nadejdzie.
Czas mierzony jest bowiem
kwitnieniem: wiśnie i śliwy, jabłonie, mlecze, dalej rzepak i czarny bez, potem akacje, margarytki, a w
końcu fioletowe marcinki zwiastujące pogrzeb lata. A pomiędzy nimi jeszcze
wiele innych pomniejszych kwitnień, sekundy kwietnego czasu. Jest tez czas
mierzony owocowaniem, który poprzez truskawki i czereśnie, wiśnie i śliwki
prowadzi nas do zimowej zguby. A ta zaczyna się już teraz. Od pierwszych kwiatów, od pierwszych
truskawek związanych pszczelim skrzydłem w sercu odchodzącego kwiatu. Patrzę i
odliczam. Rejestruję zmiany i wciąż wyrzucam sobie brak staranności,
niedostatek uwagi. Czynię z tej zwykłej obserwacji święty obowiązek, rodzaj
kapłańskiej posługi. Patrząc zanurzam się głębiej w czas, który biegnie po
kole, czas świata, rzepaku, spadających liści, kamieni i wody. Pośród jego
koncentrycznych zwojów, mój czas jest jak drobny strumyczek herbaty wylanej na
stół z przewróconej szklanki. Gwałtowny chwilowy wypływ, a potem zastygnięcie w
martwej kałuży i parowanie. Oto mój czas.
Patrzę na
rzepak, tęsknię i wypatruję truskawek na polu, odliczam owocominuty i w miękkim
miąższu śliwek smakuję przemijanie. Ja, z moją zastygłą kałużą nieuchronnie parującego
czasu, na chwilę doświadczam wielkiego zapętlonego trwania i włączam się w ten
rytm i pozwalam mu porwać moje kruche
atomy i zbudować z nich inne formy, przetwarzać i mutować tak, bym i ja na
moment stała się, choć w części, owym wcieleniem światła na wzgórzu w Niebylcu,
albo truskawką, która kiedyś każe ci zatęsknić za minionym latem. I choć
smutkiem napawa nas nieuchronna konieczność zimy, nadzieją niech nam będzie
przyszłoroczna wiosna. Rzepakowa paruzja.

Komentarze
Prześlij komentarz