JAN
Zobaczyłam go z okna samochodu.
Szedł przez miasteczko i rozglądał się. Wyglądał trochę jak
turysta po raz pierwszy odwiedzający te strony, łapczywie chłonący
każdy szczegół krajobrazu.
Bo w pewnym sensie był turystą.
Albo jak ktoś, kto całe
lata spędził zamknięty w ciemnym lochu. Po latach opuszcza
więzienie, wychodzi z mroku na słońce i każdy krok, każdy
złapany w dłonie promień słońca staje się mistycznym
doświadczeniem przenikającym na wskroś. Tak, nawet jego skóra
zdawała się nienaturalnie blada. Co i raz mrużył nieprzywykłe do
światła oczy.
W pewnym sensie
faktycznie był kimś, kto po latach wyszedł z mroku.
Szedł wolno,
niepewnie, w swoim nazbyt eleganckim, jak na warunki naszego
miasteczka, stroju. Odświętny. Beżowe, płócienne spodnie spięte
paskiem, granatowa koszula w delikatną kratę. Po raz pierwszy
zobaczyłam w nim przystojnego mężczyznę. Ciemne włosy zaczesane
do tyłu odsłaniały wysokie czoło. Ciemne brwi i rzęsy otaczały
nieco zdziwione oczy. Wyraziste pośród bladej, nienawykłej do
słońca skóry. I ta bezradność wobec nowej, nieznanej sytuacji,
wobec tej odświętnej odmienności, której się nie spodziewał,
nie przewidział jej niegdyś, kiedy odwrócił się do tego miasta
plecami i przekroczył drzwi, za którymi panował mrok. Przyjemny
mrok, chłodny i bezpieczny.
A teraz szedł, jakby
kontemplował zmianę, światło, jakby odzyskał siebie, skórę,
która czuje ciepło i powiewy wiatru, oczy, które łowią kształty
i kolory. Zmysły wyraźnie mówiły mu, że teraz, kiedy już tu
jest, kiedy już odważył się wyjść i wystawić ciało
na światło, wszystko jest możliwe, nic już nie będzie takie, jak
dawniej.
Działo się to, zdaje
się, w XV wieku. Szlak wiódł serpentyną pomiędzy górami, a tu,
niską przełęczą przekraczał granicę. Któregoś dnia z lasu
wyszedł człowiek. Broda sięgała mu do pasa, splatając się z
długimi, zmierzwionymi włosami. Mrużył oczy, bo w lesie panował
przyjemny półmrok. Światło go zaskoczyło. Poczuł nawet lekki
niepokój. Może zawrócić? Może zostać? - pytał sam siebie. Ale
znalazł w sobie dość odwagi, by zejść do wsi i poczuć na
sobie oczy innych przyglądające mu się przez brudne, zakopcone
okna. Oczy pytały: to on, czy nie on? Ten nasz, znajomy, tu
wychowany, spod takiej samej strzechy, taki jak my? Czy obcy, inny,
niebezpieczny, dziki? Mężczyźni przerywali pracę. Każdy krok
wydawał się pokonywaniem milionów kilometrów, każdy był jak
przekraczanie granicy, stąd do tamtąd – niemożliwy dystans.
Szedł w absolutnej ciszy, jakby świat stanął pośród mężczyzn
i zamarł w napięciu. A on szedł i dźwigał na sobie te
przyklejone oczy, te myśli, obawy, wątpliwości i ciszę jak ciężki
płaszcz.
Dziś może to wszystko
dzieje się subtelniej i mniej spektakularnie. Bo kto oprócz mnie,
zwrócił uwagę na księdza „po cywilu” wędrującego przez
miasteczko. Kto zobaczył jego taniec ze światłem, jego
kontemplację tej dziejącej się w ułamku sekundy wieczności,
która zszywa ze sobą te same i tożsame chwile rozsiane w czasie,
jak okruchy złota. Pustelnik sprzed wieków i ten mężczyzna
pokonujący codzienność w blasku porannego słońca.
Bus, którym jechałam
minął go i ruszył dalej. Nie wiem, jak skończyła się ta jego
podróż, dokąd szedł w ten zwykły poranek na granicy lata.
Przypomniałam sobie, jak obcy i nieprawdziwy wydawał się tam, w
mrocznym kościele, kiedy z ambony cedził wolno swoje: „drodzy
bracia i siostry” w taki sposób, jakby za pomocą tych słów
budował sobie pustelnię, do której świat, a wraz z nim, my,
wierni, nie mieliśmy dostępu. A teraz wyszedł z bezpiecznego
schronienia, przekroczył starty próg i pozwolił, by zaistniał
świat. Jakby go stworzył na nowo i teraz patrzył w zadziwieniu i
widział, że wszystko, co stworzył było dobre.

Komentarze
Prześlij komentarz