PATRZENIE
Nadchodzą moje imieniny. Ktoś
puka i przynosi róże. Są od K. Potem dzwoni do mnie i opowiada o swojej bezradności.
Czuję smutek. Radio podaje informacje o śmierci Wodeckiego. Jeszcze nie wiem,
że kilka dni później umrze Moore – mój pierwszy Bond. I znów myślę o rzeczach
pierwszych i o tym, że wiele z nich jest już daleko ode mnie. Wyobrażam sobie,
że mój świat ma krawędź, za nią jest przepaść. Krawędź osuwa się, załamuje i
kolejne jej kawałki spadają w dół. Czasem małe kamyki, czasem całe potężne
karpy, nie raz osuwająca się ziemia porywa za sobą drzewa, ludzkie osady.
Kawałki świata, który znałam znika na zawsze. A przecież to dopiero początek. Na
razie docierają do mnie pojedyncze sygnały. Znikają te fragmenty, które już się
jakoś zużyły, miały swój czas i obumierają w pewien sposób naturalnie. Kiedyś
wszystko co znam, miejsca, ludzie, twarze, historie, głosy, zapachy, wszystko
zawali się poza granicę istniejącego. Zostanę sama. Niezrozumiana i
nierozumiejąca. Będę mówić, ale nikt nie usłyszy, wokół będą już inne języki, inne dźwięki.
Stanę się doskonale obca. Na bocznym torze oczekiwać będę na swój pociąg,
pociąg który zabierze mnie na kraj świata tam, gdzie opadnę jak zeschły liść
wraz z grudką ziemi, zaschnięta muchą i motylim skrzydłem.
Deszczowy
dzień. Dobry deszcz. Podlewa za mnie grządki. Deszcz ogrodnik. Patrzę przez
okno jak zieleń wypełnia się sokiem, jak ożywa i drga pełna wodnego życia.
Wszystko znów może stać się młode, odnowić się, wystarczy deszcz. Czuję, jak
pod skórą ziemi pulsuje mięso dżdżownic.
Dziś rano jechałam od strony
Krosna. Tuż przy wjeździe do Dukli minęłam zapłakaną dziewczynę. Nabierała
głęboko powietrza i szeroko otwierała mokre od łez oczy. Wyglądała jakby się
przebudziła i zobaczyła. I już wie. Jest tylko tu i teraz i niczego poza tym
nie będzie. Za krawędzią znanego jest pustka. Szła tak spazmatycznie, a za jej
plecami prężył pierś klasztor bernardynów. Oni też już dawno przestali wierzyć.
Pogodzili się. Za kościołem kotłowały się czarne chmury. Wszystko w jednej
chwili splotło się w trzy głosy dramatycznej pieśni. Patrzę i słyszę zarazem.
Czasem wydaje mi się, że
przybyłam tu z tajną misją. Wysłano mnie. Kto? Tego nie wolno mi wiedzieć.
Misja jest prosta. Jestem tu by patrzeć. Brzmi to jak parafraza kościelnej
pieśni, tam chodziło o wielbienie, a tu, w rzeczywistości 2:0 wystarczy
patrzenie. Już jest mocno.
To moja misja. Zrzucono mnie tu
faszerując jakimś świństwem, które wyczyściło mi pamięć. Nic nie wiem, nie wiem
nawet kim jestem. Powoli, mozolnie
odzyskuję skrawki pamięci, pasma minionego przypływają jak chmury, jak
półprzezroczyste sny. I oto jedna z odzyskanych danych: misja – patrzeć! Nie
chodzi o obserwację, ani przyglądanie się. Nie ma w tym nic z podstępnego
śledzenia, ani wścibskiego podglądania. Surowe patrzenie przypomina samo bycie.
A może to to samo? Trudno przecież być i nie patrzeć, nawet gdy się jest
niewidomym, w pewnym sensie patrzy się na to, co jest. Tylko inaczej. Nakaz
patrzenia może powodować ból. Kiedy włączam komputer, patrzę w oczy młodemu
mężczyźnie. Ma opuchniętą twarz. Nie żyje. A potem jest masa dryfujących jak
boje ciał na powierzchni morza. Dalej zdjęcie zgniecionego samochodu i
informacja: wczoraj około 22, 27-letni mężczyzna, jadący Hondą Yaris, uderzył w
drzewo. Mężczyzna zginął na miejscu. To już nie pierwszy wypadek w naszej
miejscowości – alarmuje dziennikarz. Nie jest łatwo patrzeć. Chciałoby się zamknąć
oczy, ale nie można. Trzeba jeszcze poczekać, jeszcze trzeba patrzeć.
Wszystko co jest staram się
widzieć, czuję, na chwilę staje się tym, co widzę, a potem porzucam, by patrzeć
dalej. Wchłaniam i wyrzucam z siebie obrazy tak jak morze pochłania, a potem
wyrzuca zatopione statki, wypuszczone z
rąk kolorowe piłki i martwe ciała topielców. Wszystko to przepływa przeze mnie,
przez sam środek. Wpada przez oczy, ale też przez nos, usta, wchłania się
opuszkami palców, a potem paruje ze mnie osadzając na skórze drobiny smutku.
Jak sól. Ale najwięcej wchłaniam przez oczy. Jakby tędy właśnie wiodła do mnie
główna brama. Patrzę więc.
Rankiem,
kiedy góra Cergowa wyłania się z leśnych oparów, Dukla przypomina krajobraz z
japońskich drzeworytów. W dolinie prowadzącej ku granicy gromadzi się mgła.
Można by pomyśleć, że to opar nad morzem. Patrzę i dostrzegam w tym zwykłym
krajobrazie wszystkie widoki świata. Wszystko tu jest. Dlatego idziemy na rynek
i pod ratuszem robimy sobie słoneczne zdjęcie i wysyłamy z pozdrowieniami z
Maroka. Tak, tu jest wszystko. Wystarczy patrzeć, wchłaniać aż do samego środka
siebie, każdy szczegół, każdy ornament codzienności. A może jest odwrotnie. Wszystko to mieści się
we mnie, w tym jednym, jedynym punkcie gdzie przecina się czas i miejsce. W
samym środku. Promień światła wpada przez otwarte oczy. Na moment budzi śpiące
krajobrazy, miasta, szerokie dukty, zaułki, zamki wzniesione na potężnych
skałach i stare drewniane grody. Ożywają proste pasterskie szałasy i pełne
przepychu pałace, budzą się mali ludzie ukryci we wnętrzu mnie samej, budzą się
ich historie, smutki, radości. Jest tu Paryż i Stambuł, jest pachnąca
mieszanina olejków, korzennych przypraw i zjełczałego jedzenia w zaułkach
gwarnego, szczęśliwego Damaszku, jeszcze przed katastrofą. Różane ogrody i
paterze gnający stada kóz w góry, miejskie bulwary w chłodnym towarzystwie rzek, stare sady i oliwne gaje.
Na placach światło na chwilę rozlewa się szerokim strumieniem, by gnać dalej,
ku małym niekończącym się schodkom w cienistym zaułku. Wszystko to ożywione na
moment światłem powraca do swoich niegdyś przerwanych zajęć, jak odczarowane
miasto z baśni. Ale potem odwracam wzrok. Światło gaśnie.
Świat, który budzi patrzenie nie
jest prostym odbiciem tego, który zawiera się gdzieś pomiędzy osiami x/y i z.
Próżno by szukać tego Paryża, próżno wyruszać w drogę, by odnaleźć owe cieniste
schodki w zaułku. A jednak gdzieś w szczelinach rzeczywistości czas i światło
spotykają się, mieszają. I wtedy właśnie wędrując ulicami Sanoka nagle jestem w
Portugalii i z narożnego balkonu starej kamienicy wyraźnie słyszę fado. Na
mgnienie oka nad Duklą wyrasta potężna góra Fudżi, a tuż za mazowiecką wydmą w
małym Milanówku szumi ocean. Osie tej rzeczywistości to opowieści i wspomnienia
z dalekich podróży zasłyszane przez radio, kartki pocztowe z drugiego końca
świata zbierane w dzieciństwie i małe i niewyraźne zdjęcia w sześcio tomowej
encyklopedii PWN. Niepewna topografia wyobraźni łączy nieznane ze znanym,
tworzy niemożliwe analogie (Pałac Radży przypominał nasz ratusz, tylko większy
był, a słońce nad nim paliło jeszcze mocniej niż u nas w sierpniu).
Idę drogą w dół, ku miasteczku.
Zatrzymuję się na chwilę i patrzę w stronę góry. Promień światła przenika mnie
na wskroś. Złotym ostrzem rozcina
powierzchnię tego, co znane, wydobywa z głębokich odmętów ukryte światy i
ofiarowuje im jedną sekundę wiecznego życia. Odwracam wzrok i idę dalej. Czuję,
jak w tysiącu miast, wiosek, zagajników i różanych ogrodów powoli zapada noc.

Komentarze
Prześlij komentarz