PARK

Poranek w biegu. Ale nie tym codziennym biegu po przetrwanie, ale w tym wyrwanym z codzienności, tym po nic, albo dla siebie.
Lubię powtórzenia, lubię stałość i spójność, w zasadzie mogłabym nigdy nie ruszyć się z domu, regularnie jeść swoje ulubione trzy potrawy, nosić te same czarne spodnie i czarną koszulkę. Nie miałabym nic przeciwko.  Może dlatego lubię wieś i małe miejscowości, w  których jest jedna, czy dwie drogi, policzalna ilość twarzy, z którymi trzeba się konfrontować, a  szczegóły krajobrazu stają się tak oczywiste jak cztery kąty własnego domu. Wszystko to pozwala mi wierzyć, że pod powierzchnią procesów jest trwanie.
Biegam też tą samą ścieżką. Dzięki temu widzę zmianę w tej niezmienności. Lubię ją obserwować, czujnie przyglądać się drobnym, powolnym procesom. Analizować stan uwiosennienia wiosny i zazimowienia się zimy. Podziwiam, z jaką naturalnością, jak swobodnie i lekko moja ścieżka rodzi się spod śniegu, jak zazielenia się, rozkwita, a potem dojrzewa do własnego końca. Następnie zasypuje ją śnieg i wtedy, z konieczności, biegam na bieżni w sali miejscowej siłowni i patrzę w lustro. Zimą biegnę więc do siebie. I staram się nie zwariować.
A teraz mamy wiosnę. Nareszcie. Odkąd mieszkam na wsi znam dziwny niepokój końca zimy, to odliczanie, wykreślanie kolejnych dni, które udało się przetrwać. To baczne obserwowanie, czy na pewno nadchodzi koniec zmagania. Opał topnieje jak śnieg, wilgoć i chłód budzą nas rankiem. Trudno wstać, palenie w piecu, rozpraszanie zimna zabierają resztki sił. Celem staje się tylko wyganianie zimy z domu i walka o przestrzeń prze-życia. Życia, które wypieramy z tej zimowej dziury.
Ale teraz wiosna. Nie wracajmy do tego co było. Lepiej udawać, że tak już pozostanie, że czas biegnie tylko do przodu, a nie po kole, o nie, nigdy po kole. Ostatnio złapałam się na tym, że pomyślałam o kupnie drewna na następną zimę. Natychmiast poczułam dreszcz lęku i odsunęłam od siebie tę nadmierną zapobiegliwość. Jeszcze nie, jeszcze nie teraz, nie dziś, dajmy sobie czas. Jest wiosna. Jest teraz. Jutro będzie drugie teraz i tak aż do końca.
Wiosną wyruszam moją ścieżką przez wieś do parku. Biegnę w równym rytmie. Nie oczekuję od swojego biegu zbyt wiele, byle się przemieszczać rytmicznie przeskakując z nogi na nogę. Rytm powoli podporządkowuje sobie resztę ciała, ręce, głowę, tułów, także oddech. Nie przyspieszam, bo i po co. W równym rytmie lepiej się myśli, albo raczej równy rytm uwalnia myślenie. Tak, to jedyny kawałek mnie, który działa niejako wbrew rytmowi, snuje się jak dym, paruje ze mnie zupełnie nie do rytmu. Myślę więc i przyglądam się.
Park jest stary. Kto wie który z tutejszych właścicieli, prawdopodobnie rękami miejscowego chłopa, sadził drzewa. Kto i kiedy dokładnie planował, a potem wykopał sadzawki, na brzegu których dziś osadzają się plastikowe butelki i reklamówki. Resztki parkowej infrastruktury: zapomniane kolumny i niekompletne ławeczki, wspominają czasy świetności. Drzewa są tak stare, że niektóre zdążyły popękać. Poprzez głębokie szczeliny widać świat po drugiej stronie. Kiedy biegnę, zza drzew, ze środka tych dziur, wyziera minione i spogląda ku mnie. Czasem przypomina subtelny obraz rozproszony jak mgła. Zagęszczenie drobin istnienia jest inne niż tu, po tej stronie pnia. Ludzie z tamtej strony są efemeryczni i eteryczni, jak postaci z murali, które maluje sprayem A[i]. Rozpikselowani. Pływają łodzią po stawie i co pewien czas zerkają w moją stronę. Ciekawe którędy wyglądała ku nim przyszłość? Czy osadzała się na zielonych liściach młodych drzew? A może odkładała się, jak wyświetlany obraz, albo tęcza na wiosennej mżawce? Ich zamknięte istnienia znajdują w starych drzewach ciąg dalszy. Niedokończone rozmowy toczą się nadal, nienapisane listy zostają ukończone i wysłane do adresatów, nawet spacer po parku, ten planowany, wymarzony i nieodbyty którejś wiosny, właśnie się realizuje. Tak to sobie wyobrażam biegając w rytmie.
Widzę, jak wiosna czyni postępy. Ledwie tydzień, czy dwa temu park porastały intensywnie zielone, mięsiste liście niedźwiedziego czosnku, a dziś, nad więdnącymi roślinami strzelają w niebo białe kwiaty, jak komety, albo rozpryskujące się nowe galaktyki.  Buja nad nimi chmura zapachu, który łączy ostry i prostacki odór czosnku wydobywający się z wilgotnych łodyg i liści, z wykwintnym, słodkim nektarowym aromatem kwiatostanów. Powstaje nieprawdopodobna mieszanka, przypominająca eleganckie perfumy zawierające w sobie orientalne, korzenne zapachy z nutą słodkiego anyżu. Kiedy trącam rośliny zapach bucha wprost ku mnie. W tych przedziwnych kombinacjach czuję już zapowiedź lata. Zamroczona zapachem zatrzymuję się i patrzę. Znów spoglądają ku mnie ze szczeliny w drzewie. Ona, w kapeluszu i sukni w kolorze brudnego różu. Nie mam wątpliwości, że mnie widzi. Patrzy mi w oczy. On, w beżowym, wiosennym garniturze odwraca się, by znaleźć wzrokiem to, na co się tak zapatrzyła. Ale nie widzi, choć zdaje się patrzeć w moją stronę. A potem zapach kwitnącego czosnku rozprasza się w powietrzu. I oni także, ze swym subtelnym istnieniem, rozpływają się jak mgła w słońcu.
Spotkamy się znowu. Poza rytmem, już nie w biegu. Być może innej wiosny. Poprzez szczelinę w starych drzewach mieszać się będzie czas i przepływać swobodnie, jak woda przez groblę.



[i] Arkadiusz Andrejkow, malarz, artysta, twórca wyjątkowych murali. 

Komentarze

Popularne posty