AKWARIUM
Wieczór na basenie. To znaczy
pływa Jaga, a ja patrzę zamknięta w niemym akwarium na górze. W dole kolorowe
drobne istoty jak piksele, jak zakodowane informacje. Pyk, pyk pyk, pyk - chodzą wokół tafli, su, su, su – przecinają
wodę, maluchy – w dół i w górę z chlapaniem i jeszcze raz. Dźwięk przesuwa się,
rozmywa i ma się wrażenie, że dociera z innego wymiaru. Dostojni ratownicy
spajają prostokąt obchodząc go regularnym, posuwistym krokiem. Instruktorzy z
długimi kijami, podtapiają niesforne dzieci, zupełnie jakby te, które nie
wykazują pływackiego talentu nie miały prawa żyć dalej. Czerwone proporczyki
nad taflą wody łopoczą - tybetańskie modlitwy.
Przed oczami mam inny basen w
innym czasie. Basen z przeszłości. Ja, młoda mama, z synkiem jeszcze tak
pociesznie nieforemnym. Znajomi rodzice podobnie niesfornych i nieforemnych
dzieci. Spotykaliśmy się co tydzień na basenie. Umawialiśmy się z instruktorem,
potężnym panem Leszkiem o gołębim sercu. Pływały dzieci, czasem my z nimi, po
kąpieli był czas w akwariowej kawiarence, długie rozmowy. W grudniu wyprawiłam
nawet urodziny synowi właśnie w basenowej knajpce, były frytki i kola, a do
tego bilard, czegóż chcieć więcej? Było nam dobrze. Nic jeszcze nie zapowiadało
końca świata, a jeśli nawet zapowiadało, nie chcieliśmy o tym słyszeć, głusi i
ślepi, pogrążeni w swoim kruchym dobrostanie. Byliśmy młodzi, a to wszystko
wyjaśnia, piękni, pełni życia, mający tak wiele przed sobą.
Pamiętam tamten zapach basenu,
kolory i dźwięki. Pamiętam czarne adidasy, które dostałam od pewnej bogatej
pani i czarny sweter w serek i moje krótkie włosy, które raz w miesiącu goliłam
maszynką. Na minutę przed katastrofą. Ależ byliśmy szczęśliwi!
Rytmiczne pokrzykiwania i burdon
wentylatorów. Co pewien czas nagły pisk dziecka. Basen przypomina szpital.
Odsłonięte ciała, zimne kafelki i zapach chloru. Niebezpieczeństwo i pragnienie
dobrostanu. Panie doktorze, czy będę żyła? Chore kręgosłupy, starość co tydzień
namaczana w wodzie, krążenie rusza, zwiotczałe mięśnie biorą się do roboty. Blade
dzieci z wypiętymi brzuszkami pocierają załzawione oczy, ich krzywe kręgosłupy i bezwstydnie koślawe
kolana powoli znikają w wodzie.
Nie pływam od dwóch lat. Wolę
akwarium. Od tych dwóch lat woda w basenach na całym świecie stała się dla mnie
za zimna, głosy za ostre, powietrze zbyt duszne, łapią mnie skurcze a w kolanie
wypada łąkotka. Dwa lata temu skończyłam czterdzieści lat. Niemniej czuję, że jeszcze przyjdzie na mnie
czas, że się jeszcze przeciw temu powolnemu umieraniu zbuntuję i jeszcze skoczę
w wodę i popłynę, ale nie dziś, nie teraz. Teraz wybieram akwarium i z nosem
przy szybie śledzę synchroniczne przemieszczenia kolorowych czepków.
Widzę ją, jak zgrabnie sunie
obmywana falą zielonkawej wody. Jesteśmy takie podobne. Patrząc z góry, z
pewnego oddalenia, poprzez zaparowane powietrze widzę jak tnę powierzchnie wody
wszystkich moich basenów, jak pokonuję wykafelkowane przestrzenie z przeszłości.
Akweny mojego dzieciństwa: Spartańska, Konopnickiej, Rozbrat, Pałac Kultury,
Koncertowa, a w końcu Inflancka z pływającymi jak makaron w zupie włosami,
pianą chloru i śliny i zimnem, dojmującym zimnem. Małe, duszne baseny
przypominające schrony przeciwatomowe i wobec nich wszystkich monumentalny,
olimpijski basen w Pałacu Kultury, a w nim tysiące kryształowych żyrandoli,
rozpryskujących światło w drobne krople szkła.
Baseny mojego dzieciństwa –
chłodne dekoracje osobistej transformacji, powolnego przepoczwarzania się ku
temu, co mam i czym jestem dziś. Takie
to było płynne, takie łagodne, że niezauważalne. Dopiero to zimno na basenie
dwa lata temu, kiedy dobiegłam czterdziestki, dało do myślenia. Od tej pory
kiedy siadam tu, na górze, w kawiarni przypominającej wielkie akwarium,
zawieszone nad tym, czy innym basenem, patrzę z oddali jak zwinne ciało mojej
córki przecina wodę i wszystko już wiem, już rozumiem.

Komentarze
Prześlij komentarz