RZECZYWISTOŚĆ PLUS

W nocy była pełnia. Ta pierwsza wiosenna, wywracająca świat na drugą stronę, odwracająca bieg wydarzeń. Księżyc wisiał na Duklą nisko i wypinał pomarańczowy brzuch ku gwiazdom. Rano na trawie był szron. A już się zdawało, że wiosna na dobre rozlała ciepłe fluidy nad ziemią. Rozpaliłam w piecu i czekałam aż dzień się rozpędzi a słoneczna lampa wyprowadzi nas z tych zimowych nadgodzin. Już wiosna. Śpiewają ptaki, kwitną zawilce, a w lesie pod Cergową, zieleni się czosnek. Wszystko dostaje wiosennego świra, intensywnieje, pęcznieje i ćwierka.
Na przykład taki Krzychu, nasz miejscowy satrapa i czciciel oddany Dionizosa, co w ramach kultu pielęgnuje własną nieprzytomność, on też poczuł wiosnę. Zastałam go w sklepie naszym codziennym, jak liczył dzielnie pieniążki zbierając na poranne piwo. – Słoneczko – zagadną do mnie intonując tak, jakby to słowo miało na końcu haczyk. Popatrzyłam w jego półprzytomne, napuchnięte ślipia – Słoneczko, muszę ci coś powiedzieć. Jak ja bym był reżyserem, to bym cię natychmiast zaangażował do filmu. I nawet nie trzeba by cię charakteryzować, bo ty już jesteś taka, no, ucharakteryzowana. No mówię ci, jak aktorka.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się czując wiosnę buchającą z całej napuchniętej i zdewastowanej alkoholem osoby Krzycha i ruszyłam między półki, ale mnie dogonił i szepnął jeszcze – a wiesz, Słoneczko, jakie jest twoje prawdziwe imię? (tu Krzychu zrobił dramatyczną pauzę i zrobiło się naprawdę ciekawie) Ty jesteś Świtezianka.
Powiedział, odwrócił się, kupił to swoje piwo i wyszedł. A potem autobus do Krosna, a za nim bus do Rzeszowa. Wędrówka ludów za pracą, za ciuchem, za kawałkiem świata, który przypomina ten z TV. A ja do pracy właśnie. Ale nie był to zwyczajny bus. To znaczy niby tak. Pewnie znacie to uczucie, że coś tu nie gra. Wszystko niby w najlepszym porządku i zwykłe, takie samo jak zawsze, ale z małym przesunięciem. Czasem tak jest, że rzeczywistość sama za sobą nie nadąża, że się w sobie nie mieści. I tu właśnie coś takiego miało miejsce. Bus, zielone obicia, pasażerowie poranni, zaspani. Kierowcę, kiedy płaciłam, widziałam z bliska, zwykły, mężczyzna koło trzydziestki. Ruszyliśmy, a z nim coś się dzieje, jakby się nagle zmienił. Dostrzegłam w lusterku przednim fragment jego twarzy. Regularny zarys wąskiej brwi, smutne prawe oko, delikatna nizina policzka, ale na tym policzku niezdrowa biel, zsiniała z odcieniem morskiej zieleni. Coś między tancerzem butoh, a mimem w dziwnym, ponurym oświetleniu. Jechałam i nie mogłam oderwać oczu. Do tego ktoś w autobusie najwyraźniej oglądał telewizję. Film z lektorem. I w tym sennym busie prowadzonym przez wyjętego z grobu kierowcę dochodziły do mnie urywane dialogi czytane profesjonalnie beznamiętnym tonem:
- ile czasu zajmie opróżnienie zbiorników paliwa?...
- To nie będzie łatwe…
- jakieś 20 minut, najwyżej…
- możesz tu zostać…
- nie chcę pieniędzy, chcę stąd wyjść…
- pytanie, czym jesteś?
-Nic ci nie jest?
No i jechaliśmy. Półtorej godziny przez kręte drogi wiezieni w nieznane przez smutnego kierowcę. Ale dotarliśmy. Żywi, czy martwi – trudno ocenić. To tak bardzo subiektywne, a granice zbyt często zacierają się. Wszystko zależy od punktu siedzenia. Ale piszę to wszystko z powodu wiosny. Może to ona wyciąga z korzeni pobladłych zeszłorocznych kierowców, snuje monotonnym głosem porwane opowieści. Mąci w głowie. Ponoć najokrutniejszy miesiąc to kwiecień.
Kiedy wróciłam Krzychu stał pod sklepem, jakby pełnił honorową wartę. Opuchniętymi palcami wystukiwał smsa. – Słoneczko! – zawołał widząc mnie już z daleka – podejdź no tu, chcę cię o coś zapytać.
No to podeszłam.
- Piszę smsa do kobiety. Do tego to mężatka. Czy ona się nie obrazi jak napiszę do niej: łąko ukwiecona?
- Nie wiem, nie znam jej, ale ja tam bym się nie obraziła. Ładnie.
I poszłam mając już pewność absolutną co do wiosny. Cokolwiek ma się jeszcze wydarzyć, jest przyszła.

Komentarze

Popularne posty