OBCY CHŁOPIEC
Mały, ciemnoskóry chłopak, na przystanku, koło lotniska, stoi i czeka na autobus. Nie ma ze sobą nic, zupełnie nic, ani walizki, ani choć niewielkiej torby czy plecaka. Stoi sam. Ręce trzyma w kieszeniach i patrzy bezradnie w stronę, z której powinien nadjechać autobus. Autobus się spóźnia. Chłopiec jest sam. Piąta rano. Ani żywej duszy.
Skąd się tu wziął, ten samotny malec. Czy może przyleciał właśnie, by tu, w tym nie podobnym do niczego świecie zacząć nowe życie? Wysłany w nieznane wszystkimi siłami wujów i ciotek z dobrym życzeniem: może chociaż tobie się uda!
A może dotarł tu już wiele miesięcy temu. Miał adres na kartce do człowieka, który pomógł mu znaleźć tani pokój do wynajęcia. Mieszka w nim z obcymi mężczyznami, którzy tak jak on, chcieli zacząć nowe, inne życie. Któryś z nich załatwił mu pracę w budce z jedzeniem. Dni mijały, mijały miesiące. Miał być pierwszy. Reszta: matka, ojciec i dwie siostry - miała przyjechać później. Dawno ich nie widział. Plan był taki: zamieszkają razem, rodzice znajdą pracę, dzieci pójdą do szkoły. Proste i oczywiste. Wierzy, że to nadal jest możliwe. Trzyma go to przy życiu. Coś jednak musiało ich zatrzymać.
Jest tu każdego dnia. Przyjeżdża ostatnim nocnym autobusem i czeka aż wyląduje TEN samolot. Kiedy opuszcza terminal wstaje świt. Idzie na przystanek i czeka na pierwszy dzienny autobus. Wciska zaciśnięte pięści w kieszenie kurtki. Znowu świt, znowu nic, znowu samotność w obcym mieście pośród tak bardzo innych ludzi, z którymi nic go nie łączy, których nie da się zrozumieć. Czasem myśli, że reprezentują całkiem odmienny gatunek, a on jest tu, na tej obcej planecie, jedynym i pierwszym człowiekiem. Musi sobie poradzić. Na tym polega jego misja. Jak wiele od niego zależy.
Jutro nad ranem, zanim wstanie słońce wyruszy ostatnim nocnym, by znów czekać. Wróci kiedy zbudzi się świt. I tak powstaje czas, jego czas, mierzony tęsknotą.
Skąd się tu wziął, ten samotny malec. Czy może przyleciał właśnie, by tu, w tym nie podobnym do niczego świecie zacząć nowe życie? Wysłany w nieznane wszystkimi siłami wujów i ciotek z dobrym życzeniem: może chociaż tobie się uda!
A może dotarł tu już wiele miesięcy temu. Miał adres na kartce do człowieka, który pomógł mu znaleźć tani pokój do wynajęcia. Mieszka w nim z obcymi mężczyznami, którzy tak jak on, chcieli zacząć nowe, inne życie. Któryś z nich załatwił mu pracę w budce z jedzeniem. Dni mijały, mijały miesiące. Miał być pierwszy. Reszta: matka, ojciec i dwie siostry - miała przyjechać później. Dawno ich nie widział. Plan był taki: zamieszkają razem, rodzice znajdą pracę, dzieci pójdą do szkoły. Proste i oczywiste. Wierzy, że to nadal jest możliwe. Trzyma go to przy życiu. Coś jednak musiało ich zatrzymać.
Jest tu każdego dnia. Przyjeżdża ostatnim nocnym autobusem i czeka aż wyląduje TEN samolot. Kiedy opuszcza terminal wstaje świt. Idzie na przystanek i czeka na pierwszy dzienny autobus. Wciska zaciśnięte pięści w kieszenie kurtki. Znowu świt, znowu nic, znowu samotność w obcym mieście pośród tak bardzo innych ludzi, z którymi nic go nie łączy, których nie da się zrozumieć. Czasem myśli, że reprezentują całkiem odmienny gatunek, a on jest tu, na tej obcej planecie, jedynym i pierwszym człowiekiem. Musi sobie poradzić. Na tym polega jego misja. Jak wiele od niego zależy.
Jutro nad ranem, zanim wstanie słońce wyruszy ostatnim nocnym, by znów czekać. Wróci kiedy zbudzi się świt. I tak powstaje czas, jego czas, mierzony tęsknotą.

Nie jest przesłodzone. Jest nostalgiczne, liryczne i takie, jak Twoje teksty.
OdpowiedzUsuńA o szukaniu siebie, domu i ważnych w życiu spraw, napiszę Ci od siebie:
"ciągle szukam w tej samotności czegoś, co nie było by moje..."
Pozdrawiam cieplutko
Dziękuję za dobre, osobiste słowo.
OdpowiedzUsuń