MROK

Obudziłam się 4:20, otworzyłam oczy i zobaczyłam czarną, nieskończoną pustkę. Zniknęły półki z książkami, biurko, nawet łóżko, na którym leżałam. Noc pochłonęła moje śpiące nieopodal dziecko. Leżałam wpatrując się w gęstą i lepką ciemność. Jak bardzo polegamy na tym co widzimy, na kształtach, formach i kolorach. Wzrok daje poczucie bezpieczeństwa i równowagę, wyznacza kierunki. Oko podobno jest światłem ciała. W rzeczywistości łudzi nas, że to, co widzimy takie właśnie jest. A przecież samo istnienie radzi sobie bez formy, bez barw, nie potrzebuje także naszego patrzenia. My sami możemy siebie poznawać nie patrząc sobie na ręce. Dlaczego więc w poznawaniu tego, co nas otacza tak bardzo opieramy się na tym jednym zmyśle? Oczywiście, również dotykamy, smakujemy, ale bez wzroku nawet nie mamy pewności, że wyciągamy rękę we właściwym kierunku, że jakikolwiek kierunek w ogóle istnieje, że istnieje przedmiot, po który chcemy sięgnąć. Wzrok utwierdza nas w przekonaniu, że stanowimy centrum, a reszta świata kręci się wokół nas. Co zrobić, taką mamy perspektywę. Pozbawieni możliwości widzenia błądzimy, ale być może za to doświadczamy prawdy, faktycznych relacji między tym, co jest nami i poza nami. To nie musi być chaos, to prawdopodobnie jedynie znikomość.
Leżałam i patrzyłam w nic, które kwestionowało także mnie, taką jaką znam, pozostawiając zaledwie zanurzony w odmętach nocy, dryfujący punkt świadomości. Wchłaniałam ten mrok w siebie, napawałam się nim, jak ciepłą morską wodą. Otaczał mnie, ale też przekraczał granicę, wypełniał mnie i stawał się mną. Byłam mrokiem. Dobry, tak samo, jak dobre jest światło, które otacza nas i wpada do środka przez uchylone okna oczu. Mrok i cisza. Wspomnienia zaczęły przypływać tym ciemnym oceanem. Dogasające ognisko i to poczucie, że dom, do którego mieliśmy powrócić, zniknął, że go nie ma, może w ogóle nie istniał, był tylko złudzeniem, życzeniową projekcją. Wędrowanie ku ciepłej bezpiecznej przestrzeni, w wilgotnym chłodzie, jak droga nad przepaścią, jak odnajdywanie siebie bez cienia pewności, że dojdzie się na miejsce. Z trwogą, którą wstydliwie przed sobą. Byle dojść. A czasem jednak, pomimo wszystko, zatrzymać się i zanurzyć bezradny wzrok, jak nóż w ciele nocy. Nie ma po nas śladu. Przepadliśmy. Za nami zamyka się otchłań.
Dobry, kochany mrok. Oprócz trwogi, daje ukojenie, inne niż to, które przynosi dzień, ale ani lepsze, ani bardziej, czy mniej potrzebne do życia. Wszystko, co jest, ma być. Zresztą, określenia, takie, czy inne, wynikają z naszego podwójnego życia, które wyznacza nam pierwsza dychotomia: dzień i noc. A potem za nią przyszły inne: ja i ty, dobre – złe i tak w nieskończoność zajmujemy się oddzielaniem. A mrok po prostu jest, jak czerń w palecie barw, dopełnia inne warianty obecności światła. My przecież również możemy istnieć w różnym stopniu, także w nieistnieniu. Może nawet bardziej, bo kiedy znikamy, nasza obecność staje się, w pewnym sensie, bardziej realna, ważna, intensywna.
Na początku był zarys okna. Grafitowy kwadrat, a po nim powierzchnia napuchnięta drobinami światła. Potem ktoś po przeciwnej stronie ulicy zapalił światło. Wyglądało jak świeczka. I nagle, jednym pstryknięciem, reflektory latarń zakończyły nocne widowisko. Ruszyły samochody, fajerwerki dnia strzeliły w niebo. I tyle, po sprawie.
Znów stałam się większa, z pozoru ważniejsza, a moja władza nad światem przedmiotów taka oczywista. Dobrze jest jednak wiedzieć, jak się rzeczy mają, dobrze jest czasem zagubić się w mroku i wrócić nad ranem z oczami pełnymi trwogi.

Komentarze

Popularne posty