PLANETA DUKLA

Znowu kataklizm – zima. Tiry szlifują lód na drogach i stają w poprzek jezdni bezradnie wysypując zawartość kontenerów. Kierowcy busów ostro wchodzą w zakręty klnąc przy tym na biel, lód i chłód. Tył samochodu swobodnie tańczy po gładkiej powierzchni, aż w końcu trafia na swój pas i jedziemy dalej. My – drżący i zaparowani skazańcy w brzuchu białych wielorybów, tych wszystkich Bodków i Misiów. Wracam z zebrania. Strój zgodny z wytycznymi córki – kamuflaż, bo miałam być dziś prawdziwą mamą. Założyłam okulary. Wzięłam nawet najbardziej tandetną czerwoną skórzaną torbę ze złotymi klamerkami. I zadziałało. Nareszcie można było rozmawiać jak równy z równym. Bo w szkole mam ksywę „hipiska”. Mama z przymrużeniem oka. Druga kategoria, w skali 1 do 5 w okolicach 2. Ale ujdzie. Jeszcze nie trzeba interweniować, można pozwolić być, bawić się, myśląc czasem: „biedne dziecko”, albo kiedy J. zaczyna się stawiać na religii: „taka sama jak matka”. Ja już przywykłam, taka „gęba” to nie mój problem, ale dziś zrobiłam to dla J. Zadanie aktorskie i chyba się udało. Odkąd tu jestem, odczuwam to często. Nieprzystawalność, nie-swojość, obcość. Czytałam kiedyś wspomnienia Senegalczyka, który wyemigrował do Francji, to było właśnie to. Jego zdradzała ciemna skóra, a mnie – w brew pozorom – zdradza wszystko: strój, akcent, sposób życia, poza tym tu wszyscy się znają, a ja nie przynależę do tej siatki, nie jestem naniesiona na mapę kontaktów, wujecznych, stryjecznych, pociotków i kuzynostwa. Jestem adoptowanym dzieckiem tej wielkiej rodziny, czuję to, ale staram się to unieść. A może nawet czasem cenię? Mogę powiedzieć, co myślę, wiedząc oczywiście, że zdobywam tym samym – mówiąc szkolnym językiem – punkty ujemne i trochę się na mnie gniewają i przestawiają mój pionek na planszy o dwa pola dalej od pożądanej mety. Mogę być inna, bo w pewnym sensie nikomu to nie zagraża, w końcu to jasne, jestem spoza. Zdawałam sobie sprawę z tego mechanizmu i byłam go nawet ciekawa. Jest, działa, chroni społeczność, waruje przy jej granicach zapewniając trwanie idei, stylu życia, wartości. Chroni ten mikrokosmos przed dewiacjami, które tacy jak ja przenoszą ze sobą jak niebezpieczną florę bakteryjną. I dobrze. Tak ma być. To nie znaczy, że nie czuję sympatii, skąd! Jest jej wiele, dobrych słów, gestów, otwartych drzwi. Ale kiedy przychodzi niedziela i pod każdym domem stoją samochody, bo rodzina, wielka rodzina musi się spotkać, zjeść rytualny obiad, napić się herbaty, albo czasem nawet chlapnąć coś tam więcej, przegryźć mdłą pralinką wszystkie smutki, ustalić strategie radzenia sobie z tym, co się aktualnie wali, a w końcu zasiąść przed telewizorem, by potem się rozjechać z miłym ciepłem w sercu i w brzuchu. My we dwie wędrujemy same i patrzymy na opustoszałe miasto. Zaglądamy w okna rozświetlone blaskiem telewizorów, nasłuchujemy rodzinnego gwaru, a potem wracamy do naszego nie-naszego domku i gramy w gry myśląc wciąż o tym, co robią dziś nasi, o czym rozmawiają spotykając się przy stole. Tak sobie myślę jadąc busem z Krosna, bo lepiej myśleć niż się bać każdego zakrętu. Dukla. Choć już po Bożym Narodzeniu, ale wciąż przed Gromniczną. Gdy gaśnie dzień, w oknach zakwitają światła choinek. Mam jedno swoje ulubione. Przypomina mi kartkę świąteczną, którą w dzieciństwie dostałam od cioci z Ameryki. Świeczki na choince odbijały się w kolorowych bombkach. Wydobywały z ciemności zapatrzone twarze dzieci i uśmiechniętych rodziców, którzy spoglądali na siebie dziwnie intymnym spojrzeniem. Kicz i zarazem przecież kwintesencja udomowienia, domu, rodzinnego szczęścia. Tak mi się wydawało. Starałam się w czasie świąt uchwycić taki sam moment w mojej rodzinie, kiedy palą się lampki, wszyscy jesteśmy blisko, a na twarzy nie mamy już przyrośniętej pretensji i żalu, rozgoryczenia i niechęci, zmęczenia wielogodzinnym staniem nad garami i szorowaniem podłóg nie wiadomo po co. Na chwilę umiemy się cieszyć. Nigdy mi się to nie udało. Być może to zbyt nieuchwytne, podobnie, jak to jest ze świętym Mikołajem, którego nigdy nie da się przyłapać na gorącym uczynku. Pozostaje wiara, że to coś, ten mały cud faktycznie się wydarza, jest, gdzieś poza zasięgiem naszego wzroku, dzieje się akurat wtedy, kiedy zapominamy się i po prostu jesteśmy. W głębi rynku widać ciemny i opustoszały gmach ratusza. Jedno z widmowych miejsc, które jest zaledwie cieniem czegoś, czym było dawniej. Nie żyje. Z małym wyjątkiem. W dole, spod okapu mruga ku mnie jednym okiem Ratuszowa – knajpa, która doczekała się już swojego miejsca w literaturze, która mnie fascynuje i przeraża zarazem. Musiała tu być zawsze. Z tą samą panią, z tym samym makijażem, z tymi samymi klientami, których czas się nie ima, bo są zaledwie widmami czekającymi od wielu już lat na autobus, który nigdy nie nadjedzie. Ratuszowa otwierana jest zawsze o 13. I nie ma odstępstw od tej reguły, jakby to był najświętszy dogmat. Miałam kiedyś w ręku zdjęcia przedwojennego rynku. W tym samym miejscu była taka sama knajpa, może dla niepoznaki, nazywana wówczas Propinacyją, ale chodziło o to samo i sądzę, że wyglądało, pachniało i smakowało identycznie. I rozmowy były te same i dym z papierosów i bełkot był tym samym śpiewnym narzeczem wszystkich uciekinierów. Miejscowe piwo szybko uderza do głowy. Uwalnia od czasu i pozwala trwać. To taki rodzaj czyśćca, a może nieba. Zależy, jak kto sobie to wyobraża. Turyści przyjeżdżają do Dukli i zwiedzają właśnie to miejsce. Czytali u Stasiuka i może w jakimś kultowym hipsterskim przewodniku, bo takich miejsc już prawie nie ma. I ja też, muszę to przyznać, uległam tej fascynacji. Też przychodziłam tu delektować się zagęszczonym, spowolnionym czasem, osuwać się w wieczność, siedzieć w tym ciasnym kręgu, jak w wieczerniku z niebieskooką Maryją i oczekiwać Tchnienia. Ale odkąd tu mieszkam czuję dystans do dukielskiego raju, czy może piekiełka. Myślę o tutejszych znajomych, którzy odważyli się zostać, bo po prostu chcą tu być, pracować, przeżyć życie w tym normalnym świecie, bez mdłości wielkomiejskiego nadmiaru, bez pogoni za „nie-wiadomo-czym”. Wolą celebrować wszystkie niedziele przy jednym stole i uniknąć tego, czego doświadczam ja. Bardzo ich rozumiem i cenię ich odwagę i odpowiedzialność mimo wszystko, bo wielkie miasta wodzą na pokuszenie za pomocą swoich tanich sztuczek szepcząc: „możesz być kimś więcej”. Wielu z nich wie, że to nie prawda i nie da się omamić. Jest jak jest. Realizmu uczy tu sroga zima, ciężka praca i zobowiązujące więzi rodzinne. Ale z pewnością nikt nie chciałby żyć w skansenie, do którego przyjeżdżają zachwyceni turyści i pokazują sobie palcem miejsca, w których czas się zatrzymał, niekoniecznie w najlepszym dla miasta momencie i delektują się tym, co nie zawsze obiektywnie niesie w sobie jakąś wartość. Być może raczej delektują się swoją własną tęsknotą, ale to ich problem. Wiem, że tu ludzie, młodzież szczególnie, powinni żyć, tak jak wszędzie. Dlaczego nie mogłybyśmy z koleżankami po zajęciach jogi wyskoczyć czasem do hipsterskiej knajpki, napić się tej osławionej latte z syropem na sojowym mleku, albo i na zwykły, choćby nawet od krowy, albo sączyć koktajlu warzywnego z designerskiego słoika i poczuć, że jesteśmy włączone w nurt czasu, że nas ten nurt nie omija. Pogadać, poczytać gazetę, rano zajrzeć na kawę z porządnego ekspresu i pogadać i pogodzie z młodą barmanką, czy barmanem, który będzie o nas wiedział wszystko. Patrzę w oko Ratuszowej i myślę o filmach Wendersa: Dym i Brooklin Boogie, o rogu ulicy, od zawsze takim samym. O zaułku bezpieczeństwa w wielkim mieście, gdzie zawsze odgrywa się swoją rolę, wypowiada kwestie i dzięki temu świat może trwać, a robione regularnie fotografie pokazują jedynie niezmienność. Nie wiem, jak to pogodzić z nowym, tym bardziej, że to nowe może się tu nie utrzymać, tylko kebab, bo ile nas tu jest hipsterów, którzy już nie przy piwie i setce, ale przy kawie, czy dobrej herbacie, chcieliby opowiadać historie życia przypadkowo spotkanym i słuchać ich opowieści z dalekich stron i dziwić się, że komukolwiek chce się stąd wyjeżdżać, że jeszcze dotąd cały świat nie sprowadził się do Dukli, bo przecież nie ma lepszego miejsca w całej galaktyce, które – jak skolonizowany księżyc, czy Mars - może nas ocalić.

Komentarze

Popularne posty