PIERWSZY DZIEŃ
Wyszłam biegać. Mróz trochę zelżał. Tylko minus piętnaście stopni zostało z wielkich mrozów. Dzień wcześniej zaskoczyło nas minus trzydzieści. I ten od dawna nie spotykany widok, kiedy w termometrze topnieje rtęć. Suche powietrze iskrzyło, stało w miejscu niezwykle spokojne. Ucichł wszelki wiatr. Księżyc na niebie rósł, a wokół migotały gwiazdy. Taki widok zastałam, gdy wieczorem wyszłam po drewno. Pośród śniegu mościły się bajkowe domki z siwymi warkoczami dymu celującym w niebo. Śnieg rozpraszał księżycowy blask na miliony drobnych, diamentowych oczek.
A dziś tylko minus piętnaście. Łatwiej oddychać, trudniej coś odmrozić. Poszłam biegać. Skręciłam z głównej drogi ku wewnętrznej, żeby uniknąć mknących na Barwinek tirów. Był cichy, wytłumiony poranek. Jakby cała życiowa energia zamarła, skondensowała się i czekała na swój czas. O tej porze roku nikt nie wyjeżdża w pole, nie wypędza krów na łąki. Wychodzi się na chwilę po drewno czy węgiel i co prędzej wraca zatrzaskując drzwi przed mrozem, bo zimą świat zewnętrzny staje się jeszcze bardziej obcy, nie-ludzki. Nie chce być uległy i poddać się cywilizowaniu: nie można orać, kosić, ani budować. Wszystko ustaje. Poddajemy się, jako gatunek jesteśmy bezradni wobec zimy. Dopiero w lutym właściciele sadów wezmą do rąk piły i sekatory. I znów ludzki czas ruszy z miejsca i będziemy odliczać dni i tygodnie do grabienia, orania, bronowania, siania, plewienia, sadzenia i tak w kółko.
Minus piętnaście. Niby cieplej, ale mróz nie odpuszcza. Nawet Burkom i Azorom zamarzły w gardzielach ich piskliwe i charczące głosy. Siedzą w swoich budach, albo kulą się na słomie w stajni i oborze, dzieląc się resztkami ciepła z krową i koniem. Wiosną wylegną na ulice. Będą je zdobywać, podbijać tworząc miłosne korowody. bezczelnie, niczym poborcy podatkowi w rogatkach, położą się na środku jezdni. W wiosennym i letnim szale będą gonić stalowe, warczące istoty i bezsensownie ginąć pod kołami.
Teraz nie. Teraz przy każdym płocie wita mnie cisza, jakby wioska wymarła, albo skryła się w obawie przed nieznanym zagrożeniem.
Wybiegłam na pola. Do następnej wsi był kilometr. Po bokach ciągnęły się nieużytki z kępami tarnin sterczącymi ze śniegu. Minęłam nieużytki i wbiegłam między zabudowania. Wieś nieodległa, a jednak inna, z dziwnie nowym kościołem, bo tu, gdzieniegdzie, z dawnego świata nie pozostał kamień na kamieniu.
Droga skręciła w prawo, a potem znów w prawo i biegnąc wciąż przed siebie, po kole, ruszyłam z powrotem. Teraz przed oczami miałam Górę. Słońce wypływało zza jej szczytu po czystym, gładkim niebie. Miało kolor lipowego miodu. Nie tylko kolor, ale też konsystencję niczym wybierany z ula, gęsty i płyny, złoty blask. Wypływał teraz powolną mdlącą falą po zboczu góry wprost pod moje stopy. Oblewał wzgórza, dolinę z ukrytą w niej Duklą. Poczułam ciepło na twarzy. Zmrużyłam oczy i patrzyłam na ten wyzłocony świat, na ślad słonecznego ramienia na śniegu, ramienia, które tego dnia dotknęło mnie i wydobyło z nicości przemieniając zwykły dzień w słodki, miodowy czas.
Roziskrzone drobiny tańczyły przede mną w śniegu. Zdawało mi się, że to poranne wniebowstąpienie światła cofa czas. Nie ma nas, wsi, miast nie ma z ich poszarzałym smutkiem, tych miejsc wygnania z raju, że to wszystko, cała ta ludzka historia mogła się wcale nie wydarzyć. Oto jest Pierwszy Dzień, nowo powstała ziemia jest świeża i czysta jak nowo narodzone dziecko, a słońce – niczym matka – przygląda jej się z czułością. To dopiero początek wielkiego trwania, którego historia nie skończy się inwazją ludzkich insektów niosących jedynie śmierć, a pośród śmierci brud, a pośród brudu smutne, nienawistne opary. To będzie inna opowieść, o nieskończonym kwitnieniu i owocowaniu, o radosnym wzbieraniu wulkanów i niepowstrzymanych eksplozjach lawy, o przedziwnych rybach i podmorskich istotach zanurzonych w swoim mrocznym bezczasie. O barwach raf koralowych i kolorowych ptakach podlatujących nad powierzchnią wody.
Narodziny słońca dopełniają się. Wisi teraz nad Górą i blednie. Odpoczywa po wysiłku. Złoto rozsypane w śniegu gaśnie. Zdobywam w końcu porzuconą rankiem wieś, powracam. Jakże inny będzie dla mnie ten dzień, jakże pierwszy.

Komentarze
Prześlij komentarz