KONTEMPLACJA BIELI

Biel. To pierwsze co wyławia z nicości nocy poranne światło. Śnieg odbija wczesne promienie słońca. Między szóstą, a siódmą dokonuje się cud. Spod ziemi zmartwychwstaje światło. Tak, spod ziemi. Bo niebo jest ze stali, albo raczej z aluminium - gładka i nieprzepuszczająca powierzchnia. Słońca nie widać. Tylko tak, jakby suwakiem włączać reflektor - scena płynnie nasyca się światłem. Rozjaśnia się. Koło siódmej koguty zaczynają piać. Poranny koncert w zamglonym blasku. To chyba rodzaj szaleństwa, do którego doprowadza słońce. Koguci imperatyw – krzycz, wołaj, błagaj, wzywaj! Światło w kogucim gardle zamieniało się w dźwięki i uderza w niebo. O czym krzyczą pobudzone porankiem koguty? Wzywają na modlitwę do jasnego Boga? Może modlą się za nas wszystkich, bo jako jedyne rozpoznały w nim prawdziwego zbawcę, co swoich cudów dokonuje każdego dnia, budzi, ożywia i spala na popiół, jest światłem, ogniem, przenika powietrze i wodę, bez niego ziemia stałaby się jałowa, albo stanie się o ile nie przebłagamy, by powstrzymał swe ogniste ostrza. A potem znów zapada śnieżna cisza. Głucho, jak pod kołdrą, opowiadał zając w bajce Kozłowa. I tak właśnie jest, jakby biel pochłaniała fale dźwięków. Obserwuję przez szybę nieruchomość zamarzniętego krajobrazu, drzewa na wzgórzach, chaotycznie rozsypane zabudowania, studnia na podwórku i pojedyncze zaschnięte trawy wystające ponad śnieżną połać. I tylko ruch płatków śniegu przecina zdrętwiały obraz, dynamizuje go, ożywia. Jak świat zamknięty w szklanej kuli tkwimy tu, nieco zobojętniali, dajemy się zasypywać kolejnym warstwom bieli. Ja też tu jestem, tkwię zamrożona i wypatruję tego, co poza, nie po to, by uzyskać uwolnienie. To równałoby się ze śmiercią., Chcę tylko wiedzieć, że jest coś więcej, coś ponad i poza nieruchomością, niezmiennością, że jest ruch, prawdziwe życie, kocioł nowych, wyłaniających się wciąż form, nieskończona transformacja, że jest Inny Świat, a nasza gipsowa realność to tylko śmiech losu, drwina przypadku. Nie mogę przestać patrzeć, wypatrywać, tęsknić, choć czasem opadam z sił. Czuję jak bardziej jeszcze wrastam w gipsowy grunt, jak nieruchomieję i staję się niezdolna do resztek ruchu. I wtedy, kiedy opada ze mnie nadzieja i tęsknota i staję bezbronna w sztucznym, suchym śniegu. Siedzę z poranną kawą, z nosem przy szybie, w mojej nieustannej tęsknocie, która w obliczu śniegu topnieje i gwałtownie wyhamowuje. Nie wiem już co dalej, zapominam. Powietrze jest gęste i pełne snów. Nikt jeszcze nie wstał, tylko ja, a może nikogo już nie ma, wszyscy zamarzli, tylko ja i koguty obwieszczające Paruzję Światła trwamy na stanowisku. Uwalniam się na chwilę od tego, co mnie tak nieustająco gna. Nie patrzę wstecz. Tylko ten senny krajobraz przede mną i niebo jak ze stali, siwy dym z zaspanych kominów snuje się w niebo jak kadzidło. Przez moment jestem pewna, że nie ma nic poza tym, że mogę zostać tu i patrzeć i zamieszkać w tej chwili, w tym jednym i jedynym momencie ciszy i światła zadomowić się na zawsze.

Komentarze

Popularne posty