CIEŃ MINIONEGO

Jaga wyjechała. Tego samego dnia odpadł z sufitu kawał tynku. Zobaczyłam tylko coś jakby dym, siwy i gryzący w gardle. Pies miał szczęście, był tuż obok, ale pod fotelem. Podwinął ogon i uciekł. Nie wiedziałam co z tym zrobić. Całą kuchnię pokrył pył, jakby w jednej chwili osiwiała, albo jakbym zajrzała do niej, nieużywanej i osamotnionej po wielu latach. Zaczęłam sprzątać odkurzać, ścierać, ale z sufitu nadal co pewien czas odrywał się kolejny kawałek i obsypywał na nowo pyłem miejsca, które udało się już oczyścić. W końcu usiadłam na skrawku czystek kanapy i patrzyłam bezradnie, a to na pokryte jasną mgiełką książki, garnki, bibeloty, a to na rosnącą, rozerwaną ranę na suficie, której brzegi niebezpiecznie otwierały się, rozszerzały, jakby zżerała je jakaś gangrena, a ze środka sterczało trzcinowe podłoże. Wzdłuż legara, przez całą długość ściany ciągnął się pas spulchnionego tynku. Widać było, że rana będzie się rozrastać, że to jeszcze nie koniec, że prędzej czy później jeszcze większy kawał sufitu zawali nam się na głowę być może pociągając za sobą resztę stropu. Usiłując sprzątać półki z książkami znalazłam opłatek czekający już na Wigilię. Był nadgryziony przez mysz. Zostawiła połowę, podzieliła się ze mną, może świętuje wcześniej, tu działają różne kalendarze. Spostrzegłam przysypany pyłem zegar. Zatrzymał się. Pewnie bateria, nic takiego. Tylko to spiętrzenie zdarzeń. Jaga wyjeżdża, zostaję sama i wszystko się wali, czas staje w miejscu, a mojego czasu już nie ma. Przestrzeń jest tylko placem budowy, ruiną, którą próbuję doprowadzić do jako takiego ładu, ogarnąć, ale bez skutku. Ziąb wchodził przez nieszczelne okna i drzwi. Mimo, że paliło się w kominku, jak zawsze, chłód rozpuszczał się w sennej ciszy jak sól. Zupełnie jakby ogień dziś był zimny. Mysz chrobotała, tynk osypywał się powoli, a ja siedziałam patrząc bezradnie, jak wymyka mi się z rąk ten kawałek świata, który już, już zdawał się wystarczająco dobry. Tego dnia ruszyłam na spacer, na Cergową. Nie dało się dojechać pod samą górę tam, gdzie szlak zagłębia się w las. Padała marznąca mżawka, wszystko lśniło, jak pokryte srebrem. Stare opony mojego opla były kompletnie bezradne wobec doskonale gładkich powierzchni. Zaparkowałam pod sklepem i ruszyłam przez wieś. Za ostatnim domem, tu, gdzie już niedługo zamiast spokoju ciąć przestrzeń będzie trasa S-19, droga przez bramę tarnin wchodzi w las. Ledwie wydeptaną ścieżką pięłam się w górę. Zimowy las to cisza. Jak rodzaj synestezji. Jakby myliły się zmysły. Obraz tak doskonale pasował do ciszy, jakby reprezentował ją, robił jej miejsce, bo przecież cisza sama o siebie nie potrafi zadbać. Tylko jest. Pies węszył i tropił w krzakach. Myślałam o tych wszystkich spiętrzonych dziś znakach, o miejscu i czasie i ciszy, która, tak jak w zimowym lesie, tak zagościła w domu, który wszyscy opuścili. Widać sama nie wystarczę, by przestrzeń mogła żyć, by dom był domem, a zimno, zwierzęta i gnicie nie miały do niej dostępu. Ja się nie liczę, jestem tylko cieniem, śladem po sobie samej. Kiedy wyjechały dzieci, rozpad zaczął swój marsz. Ogień na kominku nie daje już ciepła, wilgoć i mróz pokonują okna, ściany, szczeliny w podłodze. Na szybach kwitną zimne kwiaty, jak znak nieobecności. Myszy harcują, pająki snują swe sieci wplątując mnie mimo chodem w swoje pajęcze sprawki. Pleśń na kawałku niedojedzonego chleba otwiera zielone wachlarze. Jestem, chociaż już mnie nie ma. Widzę to w opustoszałych lustrach i nieustannie pustym koszu na śmieci. Dom zamarza ze mną w brzuchu, jak rosiczka. Kokon rozpuszczonych w czasie wolnym myśli zacieśnia się wokół mnie. Krótkie wyjścia z domu, do sklepu, czy po drewno są jak sen o drugim, równoległym życiu, w krainie możliwości nigdy nieziszczonych. Schodząc z góry zatrzymałam się w jodłowym zagajniku. Mrok mnie otoczył i zapach grobu, co mi się bliski wydał, jak zapach domu. – Czyli po prostu tęsknię – pomyślałam. Z pewnością inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Miała być mama i tata i dzieci, dom i stół, zupa z odrobiną grymaszenia, rozlany na obrusie kompot z jabłek i opowieść o takim samym kompocie sprzed lat, a po obiedzie spacer i najprawdziwsze skarby: patyk i kamień, a po powrocie rysunek i bardzo poważne sprawy i to „my”, które nie ma końca. To się niby wie, a takie zaskakujące. Jestem matką - to jest tożsamość, nie rola. To ja. I co teraz, kiedy nie ma już po co? W pustych pomieszczeniach kolejnych lat wiatr otwiera okna. Tłuką się bibeloty wspomnień, co już niczego nie ożywią, no chyba że smutek, niczego już nie obudzą, no chyba że tęsknotę. Wracałam do domu – nie domu i myślałam: za późno. Być może gdybym przyszła wcześniej, tamto życie byłoby tu wciąż jeszcze obecne. Tymczasem, jak spóźniony kochanek wracam do miejsca, w którym nikt już nie czeka. Moja spóźniona obecność zamienia mnie w zbłąkany cień z przeszłości co będzie się odtąd snuł bez celu, aż po wszystkie dni tego świata. Amen.

Komentarze

Popularne posty