ZMIERZAM DO PUNKTU

Niemal w jednej chwili przeszliśmy od przedwczesnej zimy do pomylonej wiosny. Zerwał się halny i nie odpuszczał aż do wczoraj. Uszkodził trakcję elektryczną, połamał drzewa i niejednego doprowadził na skraj szaleństwa. Dął dotąd, aż naleciało nie wiadomo skąd ciepłe powietrze. Słońce wyszło zza chmur, a śnieg zupełnie stopniał. I po zimie. Wędrowaliśmy wczoraj przez dukielski park mając mieszane uczucia co do tej wiosny – nie wiosny nieproszonej, która nadeszła kiedy wreszcie zdążyliśmy się przyzwyczaić do zimna. Nie wiem, czy to za sprawą ciszy, która nieoczekiwanie nadeszła w miejsce gwałtownych podmuchów halnego, czy może z powodu zbyt nagrzanego powietrza, nie mogłam dziś w nocy spać. Położyłam się późno, a obudziłam wraz z pierwszą uliczną latarnią. I znów mogę być świadkiem cudu. Kiedyś, za dzieciaka, wstawało się specjalnie, żeby zobaczyć wschód słońca. Dziś to moja codzienność niezależnie od pory roku. Trudno się jednak przyzwyczaić. Wciąż czuję się wybrańcem mogąc być świadkiem tej powszedniej hierofanii. Ale zanim wstaje słońce, zanim i ja wstaję, leżę w swoim legowisku obserwując rzednącą ciemność. Mam poczucie, że w tym monochromatycznym środowisku i ja staję się prosta, zero-jedynkowa, redukuję się do bycia. . Nie ma już rąk, nóg, głowy, brzucha, nie ma skomplikowanej plątaniny narządów, ani niezliczonych komórek, nie ma ciała i tego, co poza nim, życie duchowe, psychika, myśli stają się tym samym co każdy inny skrawek mnie. Jestem jednolita, scalona i zagęszczona jak kamień. Ale będzie jeszcze lepiej, jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Proces trwa. Po raz pierwszy tak wyraźnie czuję, że moje życie zmierza do punktu. Cała różnorodność dróg, możliwości, cała ekspansja i zachłanne zdobywanie świata w którymś momencie ustały. Zwrot wektora zmienił się na przeciwny, a potem siły dośrodkowe zaczęły zasysać. Moja wewnętrzna grawitacja. Powoli zaczynają odpadać ode mnie i ulatywać w kosmos zbędne przedmioty, dalej odrywają się ludzie, z którymi łączy mnie coraz mniej, aż niewidzialna nić ostatecznie pęknie. Jeszcze zaledwie kilku niedobitków trzyma się kurczowo mojej powierzchni. Przychodzi czas na idee. Pękają, kruszą się, rozpadają i ulatują koncepcje i wyobrażenia, tworzące do niedawna coś, co zdawało się być mną – niewidzialną aurę, coś na kształt ziemskiej atmosfery. I tak oderwane, ulatują w kosmos wyobrażenie domu, rodziny, związków, te wszystkie prawdy, dobra i piękna za które niegdyś można było oddać wszystko. Zostało tylko kilka, jeszcze są wokół, jak pasma zdrowego powietrza pośród kosmicznej pustki. Zmierzam do punktu, zagęszczam się, kolejni mieszkańcy mojego świata odchodzą w niebyt. Czas zrobić zakład o tę jedną, jedyną Ideę i jej przetrwanie na kurczącej się planecie, założyć się o to, co najcenniejsze – samo proste i nieuchwytne życie. Kto wie, może w momencie gdy osiągać będę tę doskonałą zwartą i zagęszczoną jedność, stając się tak małą i nieistotną jak drobina pyłu na wietrze, w tej ostatniej chwili okaże się, że ja i On stanowimy niepodzielną jedność, albo raczej kiedy odrzucam wszystko znikam, a pozostaje ze mnie i we mnie jedynie On. Jak ziarnko życia, które przekroczy mój czas, które przetrwa punkt zero i wybuchnie nowym życiem. Wstajemy więc razem, ja i słońce. Krótkie powitanie – unoszę ręce a za oknem ulatują ptaki. Oddech uwalnia niebo z ostatnich ciemnych chmur. Ruch budzi moje soki, niebo nasyca się światłem, świat nabiera kolorów. Wierzę, że nie bez przyczyny współistniejemy tu i przyglądamy się sobie ja i słońce, skazani na siebie jak brat i siostra w kosmicznym procesie. Poddukielska wieś, jak i każde inne miejsce na ziemi, każdy punkt zagęszczającego się życia, każdy proces trwający od własnego wybuchu po punkt ma sens. Archiwizuję więc każdy dzień w pamięci, staję się kronikarzem codziennych cudów. Patrzę na słońce i zdaje mi się, że i ono notuje każdy mój krok. I dziwi się kiedy codziennie rano, nie wiedzieć jakim cudem, udaje mi się wstać i przywrócić do życia swój kawałek kosmosu.

Komentarze

Popularne posty