OGRODNIK

Przychodzi tylko, aby znów odejść.
R. Tagore

Jaki to mógł być dzień? Jaka pora? Wyobrażam sobie leniwe popołudnie, zmęczone gorącym dniem. Chciałoby się wrócić do domu, zatrzasnąć drzwi i pozostawić cały uliczny zgiełk na zewnątrz. W domu brzęczałaby mucha. Żona, o ile jest w tym wyobrażonym życiu jakaś żona, siedziała by przy stole i patrzyła przez okno. Ale nie można tak po prostu wejść do środka i zamknąć drzwi. Jest on. Rzuca nam krótkie spojrzenie i od tej pory jesteśmy jak zainfekowani. Trujący niepokój rozlewa nam się w żyłach. Kim jest ten człowiek? Może to jest właśnie ogrodnik? Kiedyś ludzie tego fachu wędrowali, by świadczyć tu i tam swoje usługi? Niech więc będzie. Ogrodnik. A więc mówiono, że jest ogrodnikiem. Przyszedł do miasta, by przyciąć róże w pałacowym ogrodzie. Jak mógł wyglądać? Mężczyzna w średnim wieku, z cieniem nieogolonego zarostu na kanciastych szczękach. Piękny i mocny. Doświadczenia i trudy wędrówki wyorały na jego czole i wokół oczu hieroglify zmarszczek. Siadł pod drzewem, wyjął z płóciennej torby kawałek placka i zaczął jeść. I tylko na moment ich oczy spotkały się. Kim on jest? Właściciel cichego i bezpiecznego domu, z cichą i zamyśloną żoną, czuje się w obowiązku. Ale co, u diaska, powinien zrobić? Nagle dom, ta jego twierdza , staje się wyrzutem sumienia. W zasadzie mógłby zamknąć drzwi i zrealizować ten dobry, sprawdzony plan: ukryć się w ciszy, ale nie może. -- Jesteś tam? – zwraca się do żony, która od razu pojawia się w drzwiach. Jest tak samo zmęczona jak on, po całym dniu pracy w upale. Patrzy na niego wyczekująco. - Co zrobić…? Wiem – myśli. Zdejmuje kwiat, który wsunął sobie za ucho kiedy przechodził brzegiem łąki wracając z pola. – Daj mu to – wskazuje brodą kierunek. Kobieta patrzy ku nieznanemu mężczyźnie siedzącemu pod drzewem. Cóż za niezręczna sytuacja. Spogląda pytająco na męża, ale widzi w jego oczach pewność, coś na kształt nakazu. – Nie mów mu… kto go przysłał – dodał jeszcze zanim odeszła cicho, zupełnie jakby sama była ciszą jego domu, upostaciowaną, uformowaną, ucieleśnioną. Po chwili kobieta wraca, wsuwa się do domu delikatnie jak wiatr. Mężczyźni wymieniają spojrzenia. Wydaje się, że we wzroku tamtego jest jakiś smutek, małe ziarenko cierpienia, które nosi ze sobą, tak jak kawałek placka. To proste jedzenie daje mu życie, ta drobina smutku przynosi mu śmierć, codzienne umieranie. – To tylko domysły – myśli mężczyzna z cichego domu – nic mnie to nie obchodzi – i już, już ma się zanurzyć w cienistej głębi, ale coś go zatrzymuje. -- Jesteś tam? – woła w głąb domu, jak w studnię. Kobieta staje przed nim tak jak poprzednio z lekkim zdumieniem w oczach. – Daj mu tam jakiś koc, czy coś. Teraz może już wejść. Wnętrze domu wypełnia cisza. Jedynie wąskie źródełko niedomkniętych drzwi szemrze i nie daje spokoju. Kobieta powraca. Drzwi się zatrzaskują. Mucha brzęczy. Nareszcie – myśli. Kobieta próbuje coś powiedzieć, ale daje jej znak ręką. Siadają przy stole. Ona patrzy w okno. Prawdopodobnie widzi tam ogrodnika pod drzewem, który mości się teraz na swoim posłaniu, by odpocząć i o świcie ruszyć w dalszą drogę. Kobieta znów próbuje coś powiedzieć, wydaje nawet z siebie pierwszy dźwięk. Drobne i niepewne: „o” przecina na moment ciszę, jak błyskawica. Karci ją wzrokiem. – Nie chcę nic wiedzieć. Przyszedł i zaraz sobie pójdzie. Po co wiedzieć – mówi i zanurza się w ciszy. Następnego dnia o świcie obudził go dziwny niepokój. Wyszedł przed dom. Słońce ledwie zdążyło rozrzedzić mrok. Pod drzewem nikogo nie było. Tylko koc, wisiał przewieszony przez gałąź. Droga była pusta. Miliony śladów mieszały się na niej tworząc trudny do odczytania palimpsest. Mężczyzna poczuł smutek. -- Może można było zlecić mu jakąś robotę u nas – pomyślał. Poczuł, że w łupinie tego smutku spoczywa drobny orzeszek tęsknoty za nieznanym. Jeszcze czas jakiś patrzył na drogę, a potem wrócił do swoich spraw.

Komentarze

Popularne posty