PIĘKNE OCZY
Wydawało się, że ojciec będzie nieśmiertelny. Tak przynajmniej twierdziła matka. – Popatrz na niego – zrzędziła kiedy wychodził do pracy – zdaje mu się chyba, że wciąż ma swoje dwadzieścia lat. Kiedy to to dorośnie?
Ojciec miał bujną, kędzierzawą czuprynę, smagłą twarz i zalotne, ciemne oczy. Od zawsze było wiadomo, że tym oczom nie oprze się żadna piękność z miasteczka. Ojciec chodził do pracy, wracał pełen sił – głodny jestem strasznie – wołał od progu, a potem rzucał się jak wilk na to, co misternie przygotowała i poukładała matka. Na wszystko się tak rzucał. – No i jak – mrugał do mnie znad stołu – dałeś dziś wycisk belfrom? Nie? Ech, Eryku, czemu nie? Niech mają z tobą trochę zabawy.
Ojciec był młody, piękny, silny, a starzała się jedynie matka. – Patrz – mówiła do ciotki Idy – twarz już mam całą w zmarszczkach i sińce pod oczami, a przecież ledwie stuknęła mi trzydziestka.
-- Przesadzasz – odpowiadała ciotka. Mogłem się tylko domyślać, że miała tego ględzenia po dziurki w nosie. Bo matka, w przeciwieństwie do ojca, wiecznie umierała, chorowała, cierpiała, a wszystko to dla nas, za nas. To jej poświęcenie spadało nam na barki i chodziliśmy tak obładowani jej męczarnią. Nigdy się nie śmiała, oprócz drobnych grymasów ledwie błądzących w kącikach ust. Nie chodziła do koleżanek, by pójść z nimi do kawiarni pana Olka i napić się lemoniady. Nie chodziła nawet do pracy, bo zawsze uważała, że w domu ma aż nadto zajęć. Siedziała więc w kuchni dusząc się i męcząc, a przy tym starzejąc się w oczach. To było jej osobiste błędne koło, magiczny krąg, z którego nie umiała wyjść. Kochałem swoją matkę tak, jak kocha matkę każdy dzieciak, ale przecież i tak wolałem ojca i nie raz żałowałem go myśląc, co by było, gdyby te 10 lat wcześniej trafił na inną, o niebo ciekawszą kobietę. Wyobrażałem sobie istotę zwiewną i zarazem silną, pełną życia, smagłą jak on, z ciemnymi oczami, w których widać i noc i blask najjaśniejszych gwiazd. – To jasne, nie byłoby mnie – pocieszałem się – wszystko to ma więc jakiś sens.
Ojciec – ten wiecznie młody dandys, żył pięknie, żył prawdziwie i najbardziej, jak tylko potrafił. Mimo to w końcu spochmurniał, poszarzał i wysechł. Działo się to na naszych oczach, a przecież kiedy się zorientowałem, było z nim już bardzo źle. Któregoś dnia wezwał mnie do siebie. – Eryku – rzekł patrząc na mnie oczami, w których powoli dogasały ostatnie gwiazdy i nadciągała ciemna noc – co ja ci będę owijał w bawełnę, choroba mnie zżera, będę umierał. Ale wiedz, że się nie boję i póki starczy sił, póty będę żył. I podoba mi się to życie, nawet kiedy trochę zaczyna boleć. – I wtedy uśmiechnął się do mnie po raz ostatni. Ten jego uśmiech noszę odtąd ze sobą schowany głęboko w pamięci.
Ojciec już nie chodził do pana Olka „na jednego”, już z kolegą Kazikiem we środę nie mógł udać się na mecz naszej drużyny piłkarskiej. Raz tylko Kazik przyszedł do nas, co się wcześniej nie zdarzało, bo wiedział dobrze, że moja matka nie akceptuje tej ich przyjaźni od meczy i kieliszka. Wstawił do ojca pokoju kolorowy telewizor i siedzieli razem oglądając mecz ich ulubionej portugalskiej drużyny. Kazik popijał piwo i co pewien czas poił nim mojego ojca i przypuszczam, że było to ostatnie piwo jakie ojciec pił w swoim życiu.
Któregoś dnia wszedłem rano do jego pokoju, żeby go przywitać i sprawdzić, czy niczego nie potrzebuje, ale jego już nie było. Jego niespokojny duch nie mógł już dłużej tak leżeć i gapić się w telewizor. Odszedł. Zostało skurczone coś, ubranie, wylinka, nie wiedziałem co dokładnie, ale byłem pewien, że to coś, co leżało teraz w jego pościeli nie było nim.
Pogrzeb był skromny, choć przyszło kilka osób, koledzy i koleżanki z pracy, kierownik – łysiejący pan w grafitowym prochowcu ledwie dopinającym się na brzuchu. Eleganccy mężczyźni, którzy przypominali trochę jego i kobiety roztaczające wokół siebie kadzidlane zapachy, jak kapłanki w tym smutnym obrzędzie, wspominali go pochyleni nad trumną.
A potem wróciliśmy do domu, by po prostu żyć dalej. Tymczasem zmieniło się wszystko. Nie od razu, powoli, krok po kroku. Matka poszła do pracy. Ktoś przecież musiał nas teraz utrzymać. Ukończona niegdyś szkoła handlowa i jakieś znajomości ojca sprawiły, że została przyjęta na stanowisko księgowej w urzędzie. Zaczęła o siebie dbać. Najpierw dyskretnie, zważając na konieczny okres żałoby, by dokładnie po roku, kiedy znów lada dzień miała przyjść jesień, wrócić do domu z wielką torbą z wypisaną nazwą eleganckiego sklepu. – Zobacz Ido co kupiłam – zwróciła się do ciotki wyciągając z torby krótkie lekkie futerko o srebrzystym włosiu. Przymierzyła uśmiechając się do nas zalotnie. Ciotka była wniebowzięta. Patrzyłem na matkę i widziałem jak spod jej dobrze znanej twarzy wyziera twarz kobiety, którą wyobrażałem sobie, jako idealną partnerkę dla mojego ojca. Matka zaczęła malować oczy, włosy podkręcała na papilotach, straciła nie tylko kilka kilogramów, ale też kilka lat. Odmłodniała, zgrabna i zadbana uśmiechała się często, mówiła głośni i pewnie. W pracy poznała inne panie, wychodziła więc nie raz wieczorami na tańce, do kina, albo przynajmniej na kieliszek likieru do pana Olka. Zmieniła się nie tylko ona, przeobrażeniu uległa nawet nasza kuchnia, zupełnie tak jakby zawartość talerzy odzwierciedlała stany ducha. Zniknęły więc ciężkostrawne, nudne kotlety. Zastąpiły je fikuśne roladki, zrazy, w których sercu kryły się marynowane ogórki, albo topniało pachnące masło. Pojawiły się smaki dotąd mi nieznane: faszerowane papryki, ostre gulasze, różnokolorowe pilawy pachnące dalekimi krajami. Była też aromatyczna kawa, a do niej całkiem inne słodkości. Już nie domowe placki z owocami. Teraz odwijaliśmy z połyskujących papierków pralinki, wsypywaliśmy do miseczek polane gorzką czekoladą orzechy laskowe, albo spośród cukrowej pierzynki wyłuskiwaliśmy delikatne i pachnące różami rachatłukum. – Ale mam dziś ochotę na słodkie – mówiła matka wpychając sobie do ust kolejną czekoladkę wyjętą z eleganckiego pudełka, poprawiała włosy i uśmiechała się tajemniczo.
Z dnia na dzień odzyskiwała radość, stawała się młodsza, piękniejsza, jej oczy zaczęły połyskiwać tak, jak niegdyś oczy ojca. Rozbłysło w nich całe niebo pełne gwiazd, zagadkowych, nienazwanych tajemnic, odległe i bliskie zarazem. Dziwiły mnie te oczy. Niegdyś zdawały się mysio-szare i nijakie, a przecież od zawsze musiały być ciemne, niemal czarne, otoczone falbanką ciemnych rzęs, podkreślone u góry linią brwi. – Dlaczego tego wcześniej nie dostrzegałem? – pytałem sam siebie.
W cieniu tej przemiany dojrzewałem. Pozbawiony ojca, za to posiadający jakby coraz więcej matki, która na moich oczach wytrysnęła niczym motyl z brzydkiej, kuchennej larwy. Czas mijał. Któregoś dnia odszedłem z domu, wyjechałem do innego miasta, miałem już swój dom, swoją pracę i swoje sprawy. Matkę odwiedzałem rzadko. Kiedy przyjeżdżałem, klucz leżał zwykle na wycieraczce, lodówka była pusta, dom w lekkim, ale przyjemnym nieładzie. Wracała późno roześmiana. Siadaliśmy przy stole i przy kieliszku wina rozmawialiśmy do rana. Czasem zabierała mnie do pana Olka na kufel zimnego piwa. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem była nieco inna, zmieniała się nadal, jakby proces, to przepoczwarzanie się, które rozpoczęło się wraz ze śmiercią ojca, wciąż jeszcze nie dobiegło kresu.
Pewnego dnia dostałem telegram od ciotki Idy. Matka nie żyje. Przyjechałem natychmiast. Zastałem ciało, znów to dziwne ubranie, w którym przechowywała swoją zmieniającą się duszę. Być może tak właśnie dopełniła się przemiana. Kim była teraz? Jaka była? – myślałem – pewnie niebawem się dowiem, w swoim, odpowiednim czasie.
Przypomina mi się to wszystko teraz, kiedy sam stoję już na progu starości. Myślę o matce, która dała mi życie, o ojcu, który swoją śmiercią tchnął życie w matkę. Tworzyli rodzaj łańcuszka, wzajemnie na siebie oddziaływali. I z pewnością zostawili odrobinę tej swojej życiowej energii także dla mnie. To rodzaj spadku. Ja również powinienem nie tylko brać, ale i dawać. Poddać się tej sile i przekazać ją dalej. Patrzę w lustro. Moje oczy jeszcze nie zabłysły, są szare i zwyczajne, ale czuję, że lada dzień otworzy się w nich szeroka płachta nieba, na której zabłysną gwiazdy. Ale jak tego dokonać? Nie wiem. Ale nie będę dłużej czekał. Ruszam w życie. Jutro może być już za późno.

Komentarze
Prześlij komentarz