JESIENNIE
- Co dziś robiłaś? – pyta wracając ze szkoły? To jakieś odwrócenie –myślę – czy to nie ja powinnam zapytać: co tam w szkole? A tymczasem muszę się tłumaczyć, co robiłam w domu. Wywołuje mnie do tablicy tym kontrolującym pytaniem. Mobilizuję wszystkie moje siły, żeby tylko nie wyszło na jaw. Ale co? Nie wiem, przecież zawsze jest coś, co mogłoby wyjść na jaw. – Więc co dziś robiłaś? – pyta. Pocę się i szukam w pamięci, ale nie znajduję nic. To znaczy, znajduję, ale nie z gatunku tych spraw, które mogłyby ją interesować. - Nie wiem. – potykam się o słowa - Nic… chyba nic. Patrzy na mnie z politowaniem. Bo przecież inny rodzic, na moim miejscu, tyrał by od świtu, żeby zapewnić swoim dzieciom godziwy byt, żeby miały, co trzeba, zajęcia na poziomie, iphony, wyjazdy, konie w sobotnie popołudnie i basen w poniedziałkowy wieczór, i pizzę z koleżankami i słodką latte z syropem kokosowym i w ogóle, żeby życie było słodkie, jak syrop kokosowy z Costa Cofee, dobry, modny, prawilny – jak to teraz mówią. W tym spojrzeniu pełnym litości jest też żal, że dom jest nie taki, że go w zasadzie nie ma, że nie umiem zapewnić nawet tego, tylko uciekam w swoje nic nie robienie i przemyślenia pod gołym niebem, zamiast, jak każdy normalny rodzic wziąć kredyt i kupić mieszkanie na 4 piętrze w bloku, najlepiej w mieście, przez które akurat przepływa główny nurt tego świata. Bo kto by nie chciał być w głównym nurcie? I – no powiedzcie – który rodzic nie powinien chcieć tego dla swojego dziecka? A jeśli chce, to niech się bierze do roboty zamiast czytać o głodzie na świecie i rzępolić na akordeonie, albo rysować i robić zdjęcia pleśni na ścianie. Do roboty!
I tak odpadają ode mnie kolejne dzieci. Odrywają się i odchodzą, by patrzeć na mnie z jeszcze większego dystansu, z mieszaniną politowania i pogardy. Patrzą z perspektywy tego swojego miasta, w którym należy spełniać swoje marzenia i być kimś. Ok, to przecież nic złego być kimś, jeśli ktoś tego chce. Puszczam je wolno jak nasiona dmuchawca, wydmuchuję w dal, byle dalej od źródła ich okrutnej frustracji, ku wszystkiemu, co w ich oczach ma wartość. To nic złego.
Ta jesień jest trudna, jakby całe pięć lat bycia tu skumulowało się, dojrzało niczym wrzód i chciało pęknąć. Słońce nas ogrzewało, słońce nas ratowało. A dziś, pierwszy jesienny dzień, deszcz i mgła unieważniają wszystko, co za nami. Lato musiało nam się przyśnić. To nie prawda. Rzeka, słońce, morze czasu wsiąkającego leniwie w mech, tamten dzień po kolana w strumieniu – tego wszystkiego po prostu nie było. Prawda jest po stronie jesieni. Do domu wdziera się wilgoć. Palę w piecu i widzę jak niewystarczające zasoby drzewa zaczynają przedwcześnie topnieć. Myślę o pustym bocianim gnieździe. Kiedy to się stało? Dopiero co były, siedziały, uczyły się latać. A teraz? Zaskoczyło mnie to puste gniazdo. Myślałam, że jeszcze pobędą, poczekają, że uchwycę ten moment, że się pożegnam. A dziś nad Górą leciały żurawie pokrzykując. Niespokojny, rozedrgany klucz. Jakby uciekały w popłochu. Nie dziwię się ani trochę. Jesień zawsze przeraża, a miało być tak pięknie, słońce, rzeka, las. Jeden deszczowy dzień i wszystko staje się jasne. Raj się skończył, czas się wyczerpał, amen.
Czasem łatwiej nam się porozumieć. Biegamy, od czasu do czasu, razem a wtedy jest chwila, by słuchać siebie nawzajem bardziej uważnie i demokratycznie przebywać tak po prostu biegnąc. Tym bardziej, że szanse są wyrównane i nie jest to wyścig. Wtedy znów nie miałabym szans. Rozmawiamy. Dzielę się lękiem, bo jesień, a ona mówi po prostu, albo raczej wygłasza, jakby wyciągała te słowa ze środka siebie: kocham jesień. Jest piękna, liście nabierają barw, a potem spadają na wietrze, można czytać książkę w przytulnym domu, kiedy na zewnątrz pada deszcz, na górach gromadzą się mgły, a potem płoną modrzewie, czerwienieją buki, jesień jest piękna – powtórzyła na koniec. Tej nocy śniło mi się miasto. Wszystko miało kolor klonowych liści. Gdzieś obok zawarczał silnik i jakby wprost z niego, na tym samym tonie, zahuczał wiatr. Przeleciał przez rynek, zerwał kapelusze przechodniom, wygiął parasole. Patrzyliśmy w zachwyceniu. A więc jeśli spojrzę jej oczami, będę gotowa na czas i dam radę.
- Co dziś robiłaś? – pyta znowu. – Patrzyłam – mówię - patrzyłam, jak za oknem wszystko się przepoczwarza. Wiesz, jesień.
Spojrzała na mnie ze zrozumieniem, jak na pojętnego ucznia. Bo, kto wie, może coś jeszcze ze mnie będzie, może jeszcze nie jestem stracona, stojąc w bezruchu na brzegu jesieni, okryta swoją wydzierganą misternie pustką.

Komentarze
Prześlij komentarz