Las
Często tu wracam. Dzikie miejsce niedaleko domu. Wzięłam ze sobą różaniec, który pies pogryzł, zjadł Zdrowaśki i teraz nijak już się ma do przepisowych tajemnic. Wzięłam psa. Niech się wygania.
Do lasu wiodła brama tarnin. Wrzały gotowe do kwitnienia pąki, jak mleczne piersi. Lada moment trysną. Nie było mnie tu kilka dni, a tymczasem wszystko inne. Obudziły się buki. Zawsze zwlekają, śpią kiedy wiosna już w pełni. Przedburzowe słońce igra na niewinnej, mlecznej zieloności. Jasna, rozbielona zieleń młodych bukowych liści spływa ku ziemi, a tu spotyka się z dojrzałą zielenią niedźwiedziego czosnku. Ten już ma za sobą młodość – myślę – czas zakwitać. Nad linią zieleni sterczą baldachy miesięcznicy i powoli oblekają się w fiolet.
Często tu wracam, wracam i patrzę. Obserwuję jak czas, powoli przetacza się przez górę, jak wiosna po raz kolejny tworzy instalację. Obsesyjnie powraca do zieleni, jak każdy, ciągle trawi ten sam temat. Rodzenie, wydobywanie z gruzowiska zimy, jakby się naczytała Eliota. A do tego kontrasty jak najmocniejsze (z czarnej ziemi jasny pęd), a przy tym wszelkie fluorescencyjne mieszaniny. W rowie, w strumieniu brodzi knieć. Czego chcieć więcej? Może tego, żeby dało się najeść tym widokiem, nasycić całkiem fizycznie, biologicznie dokładnie tak, jak to czuję. Napełnić trzewia widokiem mokrych liści i kwiatów w kępach, słońcem spomiędzy drzew. Blaskiem, światłem i barwą. Tylko tego brak. Zostałabym tu na pewno. A tak, wciąż odchodzę, wciąż gotowa na zawsze. Żegnam się bezpowrotnie. Dokładnie tak, jak właśnie żegnają się zawilce zwieszając smutno głowy, a potem i kwiaty czosnku schnąc w słońcu, żółknące konwalie i liście na drzewach. Wszystko to, podobnie jak ja, przychodzi i odchodzi, za każdym razem całkiem serio i na zawsze, by wrócić i móc się cieszyć niemożliwym powrotem. I ja wracam i witam się z tym wszystkim na nowo, jakby tego spotkania miało już nie być.
Znów tu jestem. To cud. Wędruję i chłonę przez skórę świeżą zieleń w niemożliwych odcieniach. Nareszcie jest - kapliczka, złota studzienka, otoczona mocnym ramieniem zbocza. Wchodzę do środka, a wtedy startuje deszcz. Wnętrze jest ciche, tylko święta woda ciurka, a święty Jan w wyjątkowo nieudanym grymasie dzierży nie swoje różańce. Zawieszam mu swój, ten pogryziony i patrzę jak na zewnątrz zieleń tańczy w deszczu. Poniżej w liściach tonie ołtarz i ławki zrobione tu niegdyś na plenerowe msze. Wygląda to jak ślady po dawnej cywilizacji, gdzieś w amazońskiej dżungli. Krążą nad tym orliki, pokrzykują, jakby szukały trupa. Deszcz się przedłuża. Sięgam więc na półkę z zeszytami dla pielgrzymów. Dziękuję ci, święty Janie, święty Janie, proszę o wstawiennictwo w sprawie mojego małżeństwa, dzięki ci św. Janie za zdrowie i radość w naszej rodzinie, jesteśmy tu dziś na wycieczce w tym świętym miejscu, O pokój w mojej rodzinie, św. Janie ty wiesz, pomóż, zrób, uzdrów, wspieraj. A dalej podpisani wszyscy święci: Anny i Wojciechy, Krzysztofy i Czesławy, Anastazje i Grzegorze. Dopisuję się i ja. Piszę: „o dom proszę. J.”
Deszcz ustaje, rozdzwaniają się ptaki. Czas wracać. Za mną zatrzaskuje się chwila. Kiedy znów spotkamy się, tak jak dziś: ja, las, ptaki, zieleń, kaczeńce i wiosna? Nie wiem. Wiem natomiast, że kiedy się spotkamy, zobaczymy wyraźnie jak odłożył się na nas czas, jak osiadł na skórze, włosach, na liściach, oczach i konarach, aż trudno nam będzie uwierzyć.
Do lasu wiodła brama tarnin. Wrzały gotowe do kwitnienia pąki, jak mleczne piersi. Lada moment trysną. Nie było mnie tu kilka dni, a tymczasem wszystko inne. Obudziły się buki. Zawsze zwlekają, śpią kiedy wiosna już w pełni. Przedburzowe słońce igra na niewinnej, mlecznej zieloności. Jasna, rozbielona zieleń młodych bukowych liści spływa ku ziemi, a tu spotyka się z dojrzałą zielenią niedźwiedziego czosnku. Ten już ma za sobą młodość – myślę – czas zakwitać. Nad linią zieleni sterczą baldachy miesięcznicy i powoli oblekają się w fiolet.
Często tu wracam, wracam i patrzę. Obserwuję jak czas, powoli przetacza się przez górę, jak wiosna po raz kolejny tworzy instalację. Obsesyjnie powraca do zieleni, jak każdy, ciągle trawi ten sam temat. Rodzenie, wydobywanie z gruzowiska zimy, jakby się naczytała Eliota. A do tego kontrasty jak najmocniejsze (z czarnej ziemi jasny pęd), a przy tym wszelkie fluorescencyjne mieszaniny. W rowie, w strumieniu brodzi knieć. Czego chcieć więcej? Może tego, żeby dało się najeść tym widokiem, nasycić całkiem fizycznie, biologicznie dokładnie tak, jak to czuję. Napełnić trzewia widokiem mokrych liści i kwiatów w kępach, słońcem spomiędzy drzew. Blaskiem, światłem i barwą. Tylko tego brak. Zostałabym tu na pewno. A tak, wciąż odchodzę, wciąż gotowa na zawsze. Żegnam się bezpowrotnie. Dokładnie tak, jak właśnie żegnają się zawilce zwieszając smutno głowy, a potem i kwiaty czosnku schnąc w słońcu, żółknące konwalie i liście na drzewach. Wszystko to, podobnie jak ja, przychodzi i odchodzi, za każdym razem całkiem serio i na zawsze, by wrócić i móc się cieszyć niemożliwym powrotem. I ja wracam i witam się z tym wszystkim na nowo, jakby tego spotkania miało już nie być.
Znów tu jestem. To cud. Wędruję i chłonę przez skórę świeżą zieleń w niemożliwych odcieniach. Nareszcie jest - kapliczka, złota studzienka, otoczona mocnym ramieniem zbocza. Wchodzę do środka, a wtedy startuje deszcz. Wnętrze jest ciche, tylko święta woda ciurka, a święty Jan w wyjątkowo nieudanym grymasie dzierży nie swoje różańce. Zawieszam mu swój, ten pogryziony i patrzę jak na zewnątrz zieleń tańczy w deszczu. Poniżej w liściach tonie ołtarz i ławki zrobione tu niegdyś na plenerowe msze. Wygląda to jak ślady po dawnej cywilizacji, gdzieś w amazońskiej dżungli. Krążą nad tym orliki, pokrzykują, jakby szukały trupa. Deszcz się przedłuża. Sięgam więc na półkę z zeszytami dla pielgrzymów. Dziękuję ci, święty Janie, święty Janie, proszę o wstawiennictwo w sprawie mojego małżeństwa, dzięki ci św. Janie za zdrowie i radość w naszej rodzinie, jesteśmy tu dziś na wycieczce w tym świętym miejscu, O pokój w mojej rodzinie, św. Janie ty wiesz, pomóż, zrób, uzdrów, wspieraj. A dalej podpisani wszyscy święci: Anny i Wojciechy, Krzysztofy i Czesławy, Anastazje i Grzegorze. Dopisuję się i ja. Piszę: „o dom proszę. J.”
Deszcz ustaje, rozdzwaniają się ptaki. Czas wracać. Za mną zatrzaskuje się chwila. Kiedy znów spotkamy się, tak jak dziś: ja, las, ptaki, zieleń, kaczeńce i wiosna? Nie wiem. Wiem natomiast, że kiedy się spotkamy, zobaczymy wyraźnie jak odłożył się na nas czas, jak osiadł na skórze, włosach, na liściach, oczach i konarach, aż trudno nam będzie uwierzyć.

Komentarze
Prześlij komentarz