BAŃKI MYDLANE
A może by tak? - Siedzieli i marzyli, jak co dzień. Snuli niemożliwe rozwinięcia własnej historii, kreowali alternatywne, lepsze światy, w których mogliby być i to być pomimo. A do tego zwyczajnie i po prostu. - A może by tak? - westchnienia zamieniały się w mydlane bańki i ulatywały znad kuchennego stołu. Niektóre rozbijały się o niski strop, innym udawało wylecieć przez okno. Jego uwagę przykuła na chwilę okrągła bańka, która zawisła na wysokości oczu. Drgała lekko i wabiła wszystkimi kolorami tęczy. Ona patrzyła za inną, mniejszą, która właśnie udawała się w podróż swego życia, odważnie przekroczyła barierę okna i wzlatywała coraz wyżej i coraz dalej. Towarzyszyli im myślami. Widzieli jak bańki docierają w miejsca, które znali, lubili: rozległe doliny, cieniste miejsce nad potokiem, wąskie tory przecinające las, zakręt drogi, gdzie pochowali starego zaskrońca, skarpa porośnięta fioletową lebiodką. Niektóre z baniek poszybowały do domów, które odwiedzili wędrując w poszukiwaniu swojego miejsca. Domów, których żadna agencja nieruchomości nie mogła sprzedać, bo były domami opuszczonymi, skazanymi na powolną śmierć, rozpad. - Tak, no mamy w tej cenie, ale nie wiem, czy warto oglądać - mówili pośrednicy. Małe drewniane chatki ledwie wyrastające ponad chaszcze, pokrzywy i trawę, przypominające nieco stare i miękkie grzyby, które kiedyś mieli nadzieję wypełnić własnym życiem. Bańki wlatywały przez rozbite lub otwarte okna i natychmiast wewnątrz ruszało życie, zupełnie tak, jakby ktoś włączył mechanizm ruchomej szopki. Tylko wszystko tam było jeszcze bardziej prawdziwe. Widzieli siebie pośród nieznanych, raz zaledwie widzianych wnętrz, pomiędzy obcymi kredensami zasiedlonymi obcą zastawą. W tych innych, możliwych życiach, podobnie jak tu, siadali za stołem, kroili chleb, pili herbatę z pękatych kubków, poruszali ustami prowadząc rozmowy na tematy, które w tych odległych, innych i niemożliwych życiach były - z pewnością - istotne. W jednym z domów wstawał właśnie dzień. Celebracja porannej kawy, kanapka z blaskiem słońca - umiejętnie świętowali swoją nieistniejącą codzienność. W innym wnętrzu zapadła już noc. Ciemność rozpraszała jedynie mała nocna lampka. Ona westchnęła przez sen, on podszedł i czule poprawił rąbek kołdry. W innych domach wysypywały się z nich dzieci, jak mak z makówki, było ich coraz więcej i więcej, malutkie dziewczynki i mali chłopcy otaczali ich kołem, a potem wybiegali na trawnik przed domem i śmiejąc się wyciągali pulchne rączki w stronę nieba. Pod odmami rosły malwy, pod innymi słoneczniki, w nieistniejących ogrodach po tyczkach wspinały się zwinne fasole, tam, gdzie lato chyliło się już ku jesieni, pękate dynie wyrastały ponad kłębowisko liści. Domy, które zamieszkiwali były małe, drewniane i przygięte do ziemi, ale właśnie dlatego, wydawały się tak samo żywe, jak oni sami, zupełnie jakby stanowiły część rodziny, najstarsze pokolenie, które otacza dyskretną opieką wewnętrzne życie.
A więc wszystkie te ich wyprawy w stronę własnego miejsca przyniosły jednak owoce. Zasiane historie wykiełkowały i pozwoliły im żyć na tysiące różnych sposobów. Zachciało im się nagle wzbić się w niebo razem z mydlanymi bańkami i znaleźć się w którymś z domów, dokończyć, tym razem naprawdę, całkiem realnie, jedną z tych możliwych historii, wypełnić ciepłym, mięsistym życiem połyskliwe, puste w środku, wyobrażone powierzchnie. Ale, kiedy tylko ta myśl pojawiła się w ich głowach, ujrzeli, jak wymarzone światy tracą blask, obraz staje się coraz bardziej przezroczysty, jego powierzchnia cienka i krucha. Cyk! Pyk! i po wszystkim. Bańki zaczęły pękać, jedna po drugiej, jedno po drugim, znikło wyobrażone życie.
- Pójdę już - powiedziała i wstała od stołu. Odprowadził ją do drzwi i patrzył jak znika za zakrętem schodowej klatki. A potem usłyszał warkot samochodu na podwórku i pomyślał, że wszystko to, co dzieje się wokół prawdopodobnie również jest tylko mydlaną bańką, na którą ktoś patrzy z oddali z zachwytem, a to, co jest, co się wydarza, jest kruche i żyje jednie chwilę. Jest tylko teraz. Nic poza tym. Potem zaledwie: Cyk! Pyk! i po wszystkim.
A więc wszystkie te ich wyprawy w stronę własnego miejsca przyniosły jednak owoce. Zasiane historie wykiełkowały i pozwoliły im żyć na tysiące różnych sposobów. Zachciało im się nagle wzbić się w niebo razem z mydlanymi bańkami i znaleźć się w którymś z domów, dokończyć, tym razem naprawdę, całkiem realnie, jedną z tych możliwych historii, wypełnić ciepłym, mięsistym życiem połyskliwe, puste w środku, wyobrażone powierzchnie. Ale, kiedy tylko ta myśl pojawiła się w ich głowach, ujrzeli, jak wymarzone światy tracą blask, obraz staje się coraz bardziej przezroczysty, jego powierzchnia cienka i krucha. Cyk! Pyk! i po wszystkim. Bańki zaczęły pękać, jedna po drugiej, jedno po drugim, znikło wyobrażone życie.
- Pójdę już - powiedziała i wstała od stołu. Odprowadził ją do drzwi i patrzył jak znika za zakrętem schodowej klatki. A potem usłyszał warkot samochodu na podwórku i pomyślał, że wszystko to, co dzieje się wokół prawdopodobnie również jest tylko mydlaną bańką, na którą ktoś patrzy z oddali z zachwytem, a to, co jest, co się wydarza, jest kruche i żyje jednie chwilę. Jest tylko teraz. Nic poza tym. Potem zaledwie: Cyk! Pyk! i po wszystkim.

Komentarze
Prześlij komentarz