WIELKA, NIESKOŃCZONA CISZA
Pewnego dnia powiał wiatr i przewrócił drzewo na podwórku. Wyrwał je z korzeniami jednym silnym podmuchem. Leżało teraz w poprzek drogi bezradne. Wokół korony rozsypały się liście jak zerwane korale.
A przecież niedługo ja, ty, on, ona, powaleni legniemy gdzieś w poprzek drogi, pokrzyżujemy plan.
Pamiętam ją dobrze. Czasem siedziałam przy biurku, w domu na końcu świata, czytałam, pisałam, albo po prostu gapiłam się przez okno. I nagle widziałam, jak drzwi jej domu uchylają się, jak wychodzi powoli, chybotliwym krokiem, na usztywnionych starością nogach, jak sobie radzi, dźwiga miskę z praniem, albo rusza z motyką do pracy na swoich wydartych kamienistej ziemi grządkach. Uparta w codzienności. A czasem kiedy wracałam drogą w dół, przez wąski most nad strumieniem, ku naszym sąsiadującym ze sobą domom, widziałam, jak siedzi przed domem, na krześle spod którego wyrastają żółte kwiaty, sama jak kwiat w kolorowej sukience. Piękna. Kiedy rozmawiałyśmy patrzyłam na jej twarz popękaną zmarszczkami, twarz, w której mimo wszystko ukryła i ocaliła swoją młodość. Z twarzy starej kobiety zawsze patrzyła na mnie też dziewczyna, podlotek o wesołych oczach, energiczna i szalona, otwarta na wciąż nowe doznania. Twarz kobiety, która przekroczyła czas.
Ostatnio widziałyśmy się może miesiąc temu. Jej mieszkanko w starej łemkowskiej chałupie – absolutne, święte minimum: piec, łóżko, stół i dwa krzesła. I radio na stole, żeby modlić się i ocalać świat ciszą i samotnością, z ukrycia. – Myślałam o was – powiedziała – śniliście mi się. Sen i rzeczywistość przepływały przez nią tak samo prawdziwe i tak samo istotne. Czytała je, jak książkę. Wiedziała kiedy siać i zbierać, patrzyła w gwiazdy i obserwowała kwadry księżyca. Łagodna i okrutna zarazem. Wszystkie koty z okolicy schodziły się do jej maleńkiej izdebki. Tu przychodziły na świat i tu kończyły życie. Spały gdzie się dało: na łóżku, pod łóżkiem, na stole, na krześle. Czasem, gdy namnożyło się ich za dużo, „robiła z tym porządek”. Nie chcę wiedzieć jak. Nie mogłam tego zrozumieć, ale skoro koty kochały ją i tak, ufały jej i nie bały się śmierci z jej rąk, wierzę, że miała prawo. Wiedziała dobrze czym jest życie i że nie kończy się na brzegu naszej doliny. Wiedziała także, że zwierzęta czują, rozmawiała z nimi i znała je dobrze, wszak pod domem zimą odczytywała rysunki wilczych i lisich łap na śniegu. Przed laty miała męża, umarł już dawno. Był myśliwym. Któregoś dnia upolował pięknego jelenia. Przywlókł go pod dom. Całą noc palili ogień przy ciele, żeby odpędzić wilki. W nocy obudził ich rozdzierający krzyk. Wyszli na zewnątrz i zobaczyli łanię stojącą po drugiej stronie potoku.
Strażniczka doliny – tak ją nazwałam. Bo przecież ja przyszłam tu na chwilę i niestety zaraz miałam odejść, iść dalej, wbrew sobie, przeganiana z miejsca na miejsce, a ona była tu od zawsze i na zawsze. Ja wyruszyłam, zabrawszy moje książki i przeróżne utensylia które w tej wędrówce zastępują mi dom i dają namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Ona została. Myślałam, że zawsze tu będzie. Kiedykolwiek zawitam w te strony, zobaczę jak kwitnie wielobarwnie pośród kwiatów, w swoich najpiękniejszych sukienkach, jak walczy z dniem dzisiejszym, jak się nie poddaje.
A jednak zniknęła. Jej świat powoli kurczył się, aż skurczył się do zera. Płuca, samotność, zimowa szarówka, wiele było powodów. Odeszła, dolina pozostała bezpańska. Koty tylko miauczą pod domem, szumi potok i wiatr w konarach drzew jęczy.
Pomyślałam,że tam pojadę. Mimo nocy, mimo resztki benzyny w baku. Jechałam przez wieś i miałam poczucie, że cofam czas, że wracam tu i znów będę, zostanę, zakorzenię się. Chwilowa iluzja. Zatrzymałam samochód na drodze. W dole, w ciemności nasze dwa domy stały jak dawniej. Wyszłam na zewnątrz, w mróz i patrzyłam. Noc przed pogrzebem jest nocą obecności. Wierzę w to mocno. Stałam w ciszy, ja i domy i dolina, a ona? Jestem pewna, że stała tam z nami i milczała. Chciałabym móc zająć jej miejsce. Zostać strażniczką doliny. Zasiedlić maleńką izdebkę bez żadnych wygód i trwać, po prostu być, spać, siedzieć, jeść, patrzeć na zmieniające się pory roku, wygrzewać się z kotami w słońcu na krześle przed domem. Chciałabym żeby moją twarz wypełniła jej dobra, pogodna i pogodzona twarz. Żeby mi ją podarowała na do widzenia. Postaram się nie zmarnować, ale nosić jak talizman. I jej oczami patrzeć na dolinę. Znosić cierpliwie i milczeć, dużo milczeć. Tak właśnie wygląda świętość. Jest wytrwałym byciem i zarazem samotnym odchodzeniem w nic.
Wiatr powiał i mróz stał się nieznośny. Chłonęłam jeszcze chwilę cieszę wypełniającą dolinę. Jej milczenie, którym co dzień się karmiła. Wzięłam trochę ze sobą. Będę je nosić przy sobie, ukryję tam, gdzie przechowuję nasze wspólne chwile, jej uśmiech i kwiecistą sukienkę. Testament strażniczki doliny. Bez patosu i wielkich słów, za to z wielką, nieskończoną ciszą.

Komentarze
Prześlij komentarz