STARA SZKOŁA
Listopad się panoszy. Szarość osunęła się z nieba na ziemię, strząsnęła liście z drzew, a ich kolory pokryła rdzą. A jednak ostatnie chwile słońca odbijają się w modrzewiach, choć część światła, strząśnięta wiatrem, opadła już na drogi, jak ognisty dywan.
Jechałam, by odwiedzić nieistniejącą wieś. W listopadowy dzień, sobotę zaraz po tym, jak terroryści zaatakowali Paryż. Patrzyłam na pociemniałe lasy i słuchałam słowackiego radia, w którym eksperci dyskutowali nad tym, jak zaradzić niebezpieczeństwu.
Zjechałam w dół kamienistą drogą wiodącą od ostatniej zamieszkałej wsi ku rzece. Po deszczach bród był za głęboki na osobówkę. Wybrałam most. Samochód przeturlał się na drugą stronę. Kawałek dalej stała odwieczna baza służb leśnych. Zaparkowałam. Dalej już pieszo. Jasno, świetliście, a w ciszy ptaki w swoim ostatnim popisie. Kapliczka za kapliczką, drzewo po drzewie, ku samej granicy. W końcu po prawej stronie pojawiły się jaskinie zawalonych piwnic, po lewej zwalone podmurówki domów. Zdrętwiałe jesienne sady. Samotne jabłka na bezlistnych gałęziach, tarnina i głóg. Jakaś filiacja istnieje między mną, a tą przestrzenią wyludnioną i niechcianą. Zdewastowany dom, opustoszała przestrzeń, w której kiedyś toczyło się życie. Dziś w tym miejscu pokrzywa i chwast jedynie, choć pod wieczór cienie tańczą, wspomnienia ożywają, minione dopełnia się w tej pustce w swoim widmowym dalszym ciągu.
Droga stawała się błotnista. Przedzierać się trzeba było między kałużą a suchym ostem, ale udało się. Kawałek dalej, prawdopodobnie w sercu dawnej wsi, której ani widu, ani słychu, stoi szkoła. Była szkoła, bo dziś to ruina, z dziurami zamiast okien, z zawalonym stropem i oddartą blachą dachu zza której wyziera niebo. Szkoła umierania. Cierpliwego bycia do końca. Nad wejściem wyryta data, mocno wyryta, tak solidnie, że prawdopodobnie kamień z tą datą zostanie nawet wtedy, kiedy cała reszta rozpadnie się w pył. 1973. Jedynie dwa lata starsza ode mnie. Prawie równolatka. Spojrzałyśmy na siebie naszymi zmęczonymi oczami, przyglądałyśmy się swoim starzejącym się ciałom, pochylonym plecom i marszczącej się skórze. Smutek stał tylko po mojej stronie.
Weszłam do środka. Trochę strach, bo na wietrze naderwana blacha stęka, lada dzień odfrunie, a potem będzie dogorywać latami w zaroślach. Stanęłam pośrodku obszernej sali. Na belkach zwalonego stropu i spojrzałam do góry. Nade mną rozpościerało się niebo. Gdyby nie chłód można by pomyśleć, że mamy środek lata. Okna, z zewnątrz wyglądające jak puste martwe oczy, tu odsłaniały jesienne kadry. Za tylnymi drzwiami otwierał się widok na bobrowisko. Słońce połyskiwało w wodzie. Przyszło mi do głowy, że gdybym miała dużo pieniędzy kupiłabym szkołę w nieistniejącej wsi, odnowiłabym ją, zadbałabym, podniosłabym strop, pokryła nową blachą połacie dachu. Stworzyłabym duże pomieszczenie z przyjaznym paleniskiem w środku. Na ścianach odsłoniłabym cegły. Na podłodze położyłabym stare deski, ciemne i wygładzone czasem. Na górze, na antresoli byłyby niewielkie sypialnie, gdzie sny ożywiałyby zamarłą przestrzeń, dodawałyby niemożliwe minuty, godziny i lata wymarłemu światu. Śnienie byłoby jednym z ważnych zadań realizowanych w szkole.
Nie wiem jeszcze kto mógłby ze mną tam zamieszkać. Może każdy, kto miałby ochotę poczuć, że to co jest, jest tylko czasem, że bywa. Że czas i jego absolutne prawo unieważnia, ale przecież także uświęca wszystko. Zawsze można by zatrzymać się w szkole w nieistniejącej wsi, a potem ruszyć dalej, wracać do siebie.
Niebo zasnuła mgła. Kapryśny listopad. Ruszyłam w drogę powrotną. Za mną przestrzeń zawierała się, zabliźniała natychmiast. Jakby nie było mnie nigdy. Blizny po dawnych mieszkańcach też zarosły już chaszcze. Jeszcze kilka lat temu sterczały fragmenty kominów, gdzieniegdzie belki ścian gniły, a czerń powoli wchłaniała błękitną farbę.
I tyle z nas zostaje,
na chwilę ślad w krajobrazie,
co się zamieni w drzewo,
albo krzew.
Zakwitnie biało, zaowocuje czerwono,
a potem nawet nie powiedzie za nami wzrokiem, kiedy będziemy znikać za linią horyzontu.


Komentarze
Prześlij komentarz