NIECH SIĘ STANIE JESIEŃ
Chłodny poranek nieśmiało rozjaśnia noc. Zakrada się przez okno, wspina się po moim stole, po nie moim kredensie, dociera do nie mojego regału z moimi książkami. W końcu zagląda do lustra.
Otwieram oczy i patrzę jak na suficie, w pajęczynowym kącie, tańczą świetliste zajączki.
Gdzie ja jestem – pytam samą siebie, bo najczęściej gubię się rano – który to sufit nade mną? W którym domu? W jakiej okolicy? Który to materac czuję pod plecami?
Zajączki na ścianie powoli bledną, usuwają się w kąt, zsuwają po ścianie i niknął w pokoju dzieci.
Ranek.
Rytualna kawa i garść sparzonych wrzątkiem płatków owsianych. A wcześniej ogień na kominku, żeby można było spokojnie usiąść, bo pierwszy przymrozek zaatakował dom. Rozdmuchuję nikłe ciepło. Wilgoć na oknach znieruchomiała. To preludium, próba przed malarskim popisem mrozu. Jest dopiero październik. Dopiero się zaczyna.
Ogień chwyta się drewna i powoli ciepło rozpływa się w powietrzu. Można usiąść przy stole i jeść patrząc jak za oknem umiera winorośl.
Kolejna noc przymrozka. Wszystko zmienia się na naszych oczach. Klon zwiesił ponuro głowę nad drogą. Rozpacza nad utraconym latem i płacze żółtymi liśćmi. Łąki pordzewiały, jak stara blaszana dekoracja. Sterczą tylko wiechcie rudego szczawiu. Rudbekie – żółte i mocne – przekwitły nie wiadomo kiedy.
Krajobraz wokół ciebie jest inny. Inne drzewa zamieszkują lasy i parki w twoich stronach, inna rzeka przecina spłowiałe łąki. Ale wszystko to poddaje się jesieni podobnie, sinieje i wypuszcza z siebie życie wraz z resztką barwy. Jeszcze na chwilę zapala się jasno i kolorowo, piękniej niż kiedykolwiek, konwulsyjnie, by na koniec oddać ducha upuszczając na ziemię ostatni liść.
Niedługo wszystko opustoszeje. Wiatr zamiecie drogi. Nad łąkami zalegnie cisza. W tym, ostatecznym momencie będziemy sami. Tak musi być. Zapytaj polnej myszy ukrytej w norze.(na niskim sklepieniu błyszczą nanizane na pajęczynę krople wilgoci, jak drobiny słońca zachowane na zimę). Zapytaj błądzącego po lesie jelenia. Głuche odgłosy jego kroków przecinają ciszę. Pod ziemią samotnie śpi żmija, w jamie pod korzeniami świerka drzemie jaszczurka. I my, sami, owinięci w nasze domy, jak w ciepłe koce, w półśnie, wypatrujmy jutra przez zaparowane okna.
Tylko gawrony nagle ożywają, ich niewidoczna czerń lśni tryumfalnie. W pustym krajobrazie, zakwitają jak czarne kwiaty. Mroczni wróżbici nowego świata. Aż nastanie biel. Gawron będzie królem,
królem będzie cień
i krzyk w ciszy,
i krajobraz struchlały
rozpadający się pod stopami.
Zostańmy dziś w domu. Patrzmy tylko jak się to wszystko dzieje, jak nastaje to nie nasze panowanie, jak wysłannicy mroku plądrują ulice, które do niedawna zamieszkiwało słońce, drogi, po których się przechadzało, łąkę na wzgórzu i brzeg rzeki, na którym jeszcze miesiąc, albo dwa temu brodziliśmy w głębokim świetle.
A dziś zaglądam do studni i odkrywam, że pod bladą taflą wody widać dno. Czy to już czas? Wyczerpał się nam i ledwie sączy się, przeciska przez zaschniętą ziemię?
Na progu zatrzymuje nas chłód. Zostańmy dziś w domu. Patrzmy tylko i czekajmy. Niech stanie się jesień.

Komentarze
Prześlij komentarz