JAK LIŚCIE

Nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie tak bardzo boją się śmierci. A przecież nie jest najgorsze to, co może nas spotkać. Szczególnie jeśli wierzymy, że dalej też Coś jest. Skoro oczekujemy jakiegoś Nieba, wielkiego i ostatecznego dobra, dlaczego drżymy kiedy tylko przyjdzie nam otrzeć się o jego bramy? Lęk nas przeszywa na samą myśl. A przecież, czy boimy się realizacji marzeń? Albo czy obawiamy się powrotu do domu, gdzie czeka nas ciepło i spokój, gdzie można nareszcie odpocząć?
Wiele razy o tym myślałam. Kiedy poznałam rodzeństwo, Kaśkę i Mariusza, miałam poczucie, że przeżywanie życia, jakkolwiek, byle z dnia na dzień, może być bohaterstwem. Alkohol, narkotyki, przygodny seks, nie mają znaczenia. Oboje jako dzieci widzieli jak pijany ojciec sięgnął w pijackim widzie po siekierę i zabił matkę, porąbał ją, jakby była spróchniałym drzewem. Kiedy się spotkaliśmy, dawno minęli dwudziesty rok życia – przeszło dwadzieścia lat na wojnie, w którą uwikłało ich dzieciństwo. Rozpadali się na moich oczach, choć z głębi mizernych, zniszczonych alkoholem ciał, wyglądały na świat małe, porzucone dzieci, te same dzieci, które widziały już wszystko. Nie wiem, czy żyją jeszcze. Pewnie dogorywają w ośrodku dla takich jak oni, wojennych jeńców, po wielokrotnych przesłuchiwaniach z użyciem najbardziej wyszukanych tortur. Ciała oczekujące na zmiłowanie. Jak schnące liście na jesieni.
Zastanawiałam się nad tym kurczowym trzymaniem się życia także wtedy, kiedy poznałam dziewczynę w dzieciństwie gwałconą przez dziadka. Szukała oparcia w matce, która potrafiła jedynie zaśmiać się i nie uwierzyć, bo gdyby uwierzyła, sama stanęła by o krok bliżej śmierci, a po co. W pewien sposób nie oburza mnie już kolejna historia, dzieci molestowanych przez księdza. Milczenie rodziców wpisuje się w logikę wojny o przetrwanie. I pomyślałam – czego tu się bać? Czego się bać? Przecież wszystko co najgorsze, już się stało. Kiedy słucham historii Jazydek, kiedy myślę o wojnie z perspektywy zwykłego człowieka, albo dziecka, które codziennie skazane jest na samotną ucieczkę w stronę życia, myślę, że śmierć to marzenie, na które zwyczajnie nie umiemy sobie pozwolić. Co musi się zdarzyć, żebyśmy wreszcie odpuścili, przestali tak kurczowo trzymać się skrawka ziemi pod którym rozciąga się otchłań. Cóż tak kuszącego ma w sobie życie, że warto za wszelką cenę trzymać się go, zamiast zwolnić chwyt i odfrunąć w niebyt, jak liść na jesiennym wietrze.
Gdyby położyć na szali to doskonałe, oczekiwane dobro – Niebo, z jego świętym i wiecznym spokojem, na drugiej natomiast ból, chorobę, smutek i samotność, należałoby się zastanowić dlaczego jeszcze tu jesteśmy? Co nas tu trzyma? Logicznie byłoby raczej popełnić zbiorowe samobójstwo, zamknąć historię tego dziwnego i strasznego miejsca w kosmosie, zamknąć i zapomnieć.
Mam na prawym udzie znamię. Odkąd pamiętam matka mówiła: wytnij to koniecznie, idź do szpitala, zrób z tym porządek, bo to brzydkie, szpeci cię, a do tego kto wie, co się z tego może wywiązać. A ja miałam żal, że nie zrobiła tego za mnie, kiedy jeszcze moja świadomość nie obudziła się nie dobre, kiedy jeszcze lęk nie wyprzedzał zdarzeń. Chwila bólu i już. Świadomość to przekleństwo. Strach antycypacji, niepewność, nieistnienie, które można roztrząsać do szaleństwa, aż stworzy w wyobraźni niemożliwe fraktale. Wszystko boli już zanim się stanie. Lęk jest takim samym cierpieniem jak ból. Dlatego oswoiłam moje znamię, polubiłam je nawet i jako dziecko traktowałam jako znak z innego świata (kto z was nie wierzył, że jest podrzuconym dzieckiem lepszych rodziców?). Jakby naznaczył mnie tym znamieniem mój prawdziwy ojciec dając tym samym punkt zaczepienia dla wyobraźni i pamięci o lepszym świecie.
Czy nie tak samo jest z naszym przywiązaniem do życia? Wybrańcy dobrego Boga, którzy uchwycili się skrawka ziemi, by nie spaść w przepaść. Będą tak wisieć, aż zmęczenie ciała stanie się nie do zniesienia, a los będzie i tak musiał się dopełnić.
A potem, jak liście, spadamy.

Komentarze

Popularne posty