PIERWSZA JESIENNA NOC

Minęły już cztery lata odkąd tu przyjechałam, odkąd tułamy się i pasiemy na południowych pastwiskach. I niemal w tę rocznicę pojawia się nowy dom, przygarnia nas w przeddzień jesieni. Zwykły, ale wystarczająco dobry. Stawiamy walizki, książki lądują w przestronnej stodole, bo przecież przystajemy na chwilę, zaraz ruszymy dalej. Nowy dom nas kusi, drewniane okna i deski na podłodze przypominają tamten, ten jedyny i wyjątkowy. Tamto miejsce. Ale nie ma tu pieca. W rogu kuchni stoi rozkraczony, chłodny, stalowy erzatz – wkład kominkowy. Też, jak my, wstawiony tu na chwilę, zastępczo. Postawiony na pustakach, całkiem nagi, oczekuje swojego miejsca. Ale ogień pali się tak samo, tak samo gra i strzela, jakby opowiadał te same historie. Kiedy wieczorem przyglądam się, jak tańczą płomienie dałabym głowę, że znów jestem tam. Rozpakowujemy się ostrożnie. Część ubrań zostaje w pudłach, książki w stodole piętrzą się w bezładnym stosie, jak wieża Babel – już nigdy nie odnajdę w nich tego, czego szukam. Dom się stara, chce być gościnny i nasz. Od lat jest jedynie domem letniskowym. Stęsknił się już za tym, co codzienne, za obecnością, za rytualnym byciem, tym zwykłym i najbardziej świętym zarazem. A ja wiem dobrze, czuję, że stąd blisko do tamtej doliny, tamtego domu. Kiedy budzę się na krawędzi nocy, ubieram się i wsiadam do samochodu. Podjeżdżam blisko, wysiadam, opieram się o maskę i patrzę, jak świt akwarelowym reflektorem wydobywa z nicości minione. Powietrze jest wilgotne i aromatyczne. Pierwsze jesienne chłody. Dom w dolinie milczy. Trwa cierpliwie, bez skargi, nie prosząc o nic. Gotowy by być i równie gotowy, by w każdej chwili rozpaść się w nicość, rozsypać. Tak zrobiły bliźniacze domy po sąsiedzku wtedy, kiedy ich prawdziwi właściciele musieli stąd odejść, a nowi mieszkańcy doliny przestali ich potrzebować. Na fundamencie jednego z domów założyłam ogród. Miał dokładnie kształt, obrys domu. Żyły w nim rośliny. Pod dachem nieba. Pomidory wsparte o bambusowe tyczki, cztery rzędy dorodnych ziemniaków, co kwitły na fioletowo, fasolka szparagowa, serpentyny ogórków, kity marchewek i pietruszek. A obok my, na podobnym prostokącie przestrzeni, zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od ziemi, zapuszczaliśmy korzenie. Trzeba jechać, trzeba wracać. Budzić dzieci i zacząć żyć. Świt wstał na dobre. Jeszcze ktoś zobaczy, jak patrzę, jak stoję tu i chciwie zlizuję wilgotny obraz domu spomiędzy górzystego krajobrazu. Wzywa mnie „teraz”, szepcze: nie oglądaj się, nie oglądaj się za siebie, jest tylko teraz, nic więcej. Wiem, że ma rację. Staję jeszcze na chwilę na krawędzi minionego i patrzę. Wiem, że tu wrócę. Przysiądę na zwalonej, martwej już gruszy, na skraju tarninowego zagajnika i będę patrzeć: na dom, na dolinę. Będę obserwować jak strumień, który okala łąkę to schnie, to znów wzbiera świeżą wodą, która przelewa się z brzegów z cichym jękiem. Niczym pierś karmiącej. Będę przyglądać się, jak mijają i powracają pory roku i wciąż uparcie powraca jesień, a po niej zima. Będę liczyć ludzi wkraczających i opuszczających progi, będę patrzeć na ich tlące się pod niskim dachem życie. Poczekam. Kiedy dom opustoszeje na dobre, kiedy ucichną wszelkie głosy w dolinie, kiedy kapelusz dachu uchyli się ku samej ziemi, zbliżę się i wtulę twarz w pachnącą powierzchnię belek, w drewnianą, pomarszczoną starą skórę domu. A potem oboje zanurzymy się w ziemi i mech nas porośnie i połamane belki będą podobne do moich kości, a moje kości jak belki zawalonego domu, butwieć będą w trawie.

Komentarze

Popularne posty