POŻEGNANIE RZEKI
Piękny dzień. Może jeden z ostatnich takich w tym roku, duszny, gorący, jak przystało na sierpień. Więc, nad rzekę! Nie ma na co czekać.
I tak, na krawędzi wakacji, na samym ich brzegu, wyruszyliśmy niejako wstecz, ku wolnym chwilom, ku rzece.
Osława rozlewała się na kamieniach, jakby nigdy nic. Nie robiąc sobie nic z czasu, nic z tego wyczuwalnego już końca. Tak jak w czerwcu, czy w lipcu, tak i tego dnia grzała swoje szerokie cielsko upstrzone białymi krostami kamieni. Wystawiała je do słońca, prężyła i połyskiwała rybim okiem. Nad nią czuwał milczący, skalisty brzeg, zapatrzony w głąb siebie, zasłuchany, zadumany. Krzaki na brzegu i kilka topól poddawały się ledwie wyczuwalnym podmuchom.
Odkryłam tę rzekę niedawno. Jako obca, odnajduję to, co dla innych zwykłe i oczywiste, tak, jak bym znajdowała nowe lądy. Zdobywam, poznaję, oswajam. Rzekę oswoiłam natychmiast. Tak inna od mazowieckich ciemnych, mrocznych głębin pachnących tatarakiem i trzciną. Płytka i rozlana na kamieniach, z tym doskonałym miejscem do kąpieli, gdzie ktoś kiedyś wybrał dno. Bednarka - tak mówią miejscowi.
Przyjechaliśmy i od razu zauważyłam, że jednak coś się zmieniło. Drzewa nad rzeką pożółkły i wyłysiały. Mówią, że susza, ale przecież tak jest co roku. To preludium, suche i gorące preludium jesieni. Drzewa pozbywają się liści, jak zbędnego balastu, jakby chciały za wszelką cenę jeszcze raz, jeszcze przez chwilę poszybować ku niebu.
Rzeka wyschła. Tarła brzuchem o kamienie. I tylko ta bednarka, ten pępek rzeki pozostał żywy i pełny.
Moczyłyśmy nogi, niepewne, czy już nie za późno. Od spodu woda była zimna. Wystarczyło kilka chłodnych nocy. Ale nagle, jakby się w nas coś obudziło, bo przecież może to już ostatni raz, to się może nie powtórzyć, teraz, albo nigdy. I ruszyłyśmy wprost w nurt rzeki, żeby się zanurzyć, żeby zachłannie pływać i moczyć ciało w chłodnej wodzie, żeby kosztować tych letnich przyjemności.
Wyszłyśmy zmęczone, wywlekłyśmy nasze nagie ciała na kamienie i suszyłyśmy się w słońcu jak jakieś, pożal się Boże, syreny. Nawet może coś podśpiewywałyśmy pod nosem. Same, wpośród rzecznych nurtów. Ludzie to czują, wiedzą, kiedy naprawdę lato się kończy. Znikają z brzegów, z plaż, już ich nie ma, już mają inne zajęcia, już inaczej spędzają wolne chwile. A my nie, my chcemy tu być do końca, przedłużyć ten czas, przeczekać. A może udałoby się tym razem zostać w lecie?
Zbierałyśmy się powoli i niechętnie. Pomyślałam, że nigdy się nie wie, czy nie jest się gdzieś po raz ostatni, czy ja tu, nad rzeką, nie jestem dziś ostatni raz? Może nie, może wrzesień dopisze, będzie gorąco i będziemy wracać i zanurzać się wciąż w lecie. Ale może nadejdą chłody, będą obowiązki i inne „ważne rzeczy”. Wrócimy za rok, ale przecież już dobrze to wiemy, że nie wrócimy już do tej samej rzeki. Że będzie już inna, starsza, odmieniona czasem, bardziej zmęczona i powolna. Szczęśliwie dziś, za rok, za dwa my pozostaniemy zawsze sobą.

Komentarze
Prześlij komentarz