OBLICZA MIASTA
Zdarza się, że miasto pokazuje mi inną twarz, że spogląda na mnie łaskawie, jakby mnie brało pod uwagę. Na przykład dziś. Spacer po parku, wczesnym rankiem, kiedy wszystko jeszcze świeże, ledwie obudzone, z kropelkami rosy na rzęsach. Wędruję w ciszy. Pies, jak satelita, krąży wokół, to znika w chaszczach, to znów wychodzi na drogę, jakby mnie prowadził. Przede mną meandry parkowej alejki wspinają się w górę, to znów spływają w dół. Rytm wysokich drzew i zakamarki wilgotnych paproci. Atmosfera niczym z Blake'a, jakaś ostateczna i znacząca. Nasłuchuję. W dole miasto się budzi i zaczyna mruczeć, jak niezadowolony niedźwiedź, któremu przerwano drzemkę. Poprzez liście przecieka słońce, sierpniowe i gęste, ścieka jak miód po gałęziach, przygina je do ziemi, zanurza w świetle. Lato przelewa się przez zaporę czasu. Dni się kurczą, a wieczory każą już myśleć o jesieni. Ale teraz jest tylko to miejsce i ten czas, moja wędrówka niespieszna i to słońce. Można by pomyśleć, że idę tak od dawna i będę szła. Że to jakaś metafora a nie realność, że moje istnienie tu, pomiędzy drzewami jest istnieniem zjawiskowym, jakbym jedynie migotała, niczym słońce, była świetlnym zjawiskiem. Idę, a tylko czasem zaszeleszczę zeszłorocznym liściem, albo liściem przedwcześnie martwym.
Dobra twarz miasta. Kiedy mnie chce, czaruje widokami. Uliczką wykończoną koronką starych domów, rzeźbionymi drzwiami podświetlonymi palcem słońca, panoramą miasta z tarasu widokowego przy zamku z połyskliwym ciałem rzeki rozpostartym u podnóża gór. Albo kamienicą z drewnianym tarasem, na którym chciałoby się zostać, stać i patrzeć, jak słońce to wyłania się, to znów chowa za horyzontem, jak pod jego jasnymi palcami miasto nabiera kształtów. Tak, aż chciałoby się zostać, zatrzymać i uczestniczyć w tych drobnych, maleńkich cudach, tych odpryskach i odblaskach wielkiego cudu.
Ale jest jeszcze inna twarz, twarz ludzka, wykrzywiona złością, twarz, na której skrapla się nieszczęście. Samotni starcy i stare kobiety w drodze donikąd i przedwcześnie postarzała młodzież, która nie pragnie niczego poza dniem dzisiejszym. Kiedy wychodzę z porannego parku widzę, jak się powoli grupują na przystankach, jak stoją z przyzwyczajenia w dawno nieważnych kolejkach, aż strach pomyśleć, że czas ustawiłby mnie w tym szeregu. Gdy nad miastem wstaje słońce, z chodników dźwigają się nieszczęśnicy, z twarzami pokrytymi zaschłą juchą, jakby całą noc płakali, albo pocili się krwią. Słońce na chwilę ożywia ich martwe ciała. Zbierają z kałuży moczu odpadające członki, sklejają snem i marzeniem, że kiedyś będzie inaczej, jedyni marzyciele. Prawdziwi mieszkańcy, niegdyś zwiedzeni łaskawą twarzą miasta, zatrzymani w drodze, co zapomnieli dokąd szli i po co, spojrzeli przez ramię, wstecz i pomarli, choć wciąż im się zdaje, że żyją.
O poranku, na chodnikach gromadzi się smutek. Ani migotanie słońca w kroplach rosy, ani rzeka, ani las, nic już nie może go już zasłonić.

Komentarze
Prześlij komentarz