GŁOŚNA CISZA

Tak, jest coś takiego jak głośna cisza. Od dziś to wiem. Nie jest to głos samej ciszy, ani drobiny dźwięków, które wyławiamy z pozornego niebytu. Lot muchy, skrzypienie podłogi, równy oddech, czy w końcu gdzieś w oddali, nieznane nam głosy. To muzyka, która opowiada o ciszy, w otoczeniu której ma się poczucie, że cisza trwa nawet jeśli nie brak mocnych dźwięków. Gitarzysta, schylony w rozmowie z instrumentem, wypuszczał serie tonów, jak kłęby dymu. Ale to były właśnie owe dźwięki ciszy, dziwnie milczące. Siedzieliśmy w tym przypadkowym gronie, człowiek obok człowieka, nieznani sobie, a doświadczający przecież tego samego, zanurzeni wspólnie w tej kąpieli, która nas miała odmienić, przemienić, sprawić, że będziemy zdolni widzieć to, co niewidzialne. Powoli zapadała ciemność, połowa sierpnia, dzień wciąż długi, ale już nie nieskończony. W sali paliły się jedynie proste białe świece. Tworzyły pomiędzy muzykiem a nami świetlną zaporę, tak, że on z naszej perspektywy wyglądał, jakby znajdował się poza granicami naszego świata, w innej przestrzeni, odmienny, z blaskiem na twarzy przypominającym chorobliwy rumieniec, z podkrążonymi cieniem oczami. Jak my wyglądaliśmy z jego perspektywy? Tego nie wiem, nie wiem nawet, czy w ogóle nas zauważał, tak był pochłonięty pieszczeniem instrumentu. Cały dopasowywał do gitary, okalał ją mocnymi barkami jak delikatną osobę. Jakby niósł tę efemeryczną kobietę na rękach nam, żeby ją pokazać w całej okazałości, kruchości i całej prawdzie, którą tylko on potrafił z niej wydobyć. Wpatrzony, zasłuchany, jakby prowadził z gitarą rozmowę. Mogliśmy nawet domyślać się jej treści. Odsłaniali ją nam powoli, on i ona, wprowadzali nas w swoją intymną wymianę myśli, w świat swojej wyobraźni, w rzeczywistość odrębną i poruszającą. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w elektrycznej gitarze tkwić może aż tyle możliwości, że potrafi być malarzem i opowiadaczem, że buduje światy, przywołuje przeszłość i nadaje jej ulotne ciało dźwięku. Słuchałam i coraz bardziej czułam się zapraszana, wzywana do wędrówki. Głosy, dźwięki, szepty i szelesty przywodziły na myśl miasto, stare miasto, gdzieś na krańcu świata. Ciemne i chłodne zaułki, w których każdy szept jest jak wyznanie, każdy krok jest krokiem decydującym, samotność podwaja echo. Były tam i gwarne place, wypełnione ludźmi, sprawami, rzeczami, kupno i sprzedaż. Nawoływania, głosy radości, wulgarne zaczepki i ciche wymiany słów ważnych i tajemniczych, były świątynie z twarzami zwróconymi ku Prawdzie, niekończącym się zwojem opowiadającym historię ludzi, tych, tamtych, ludzi dziś, kiedyś i zawsze. Muzyka prowadziła dalej. Pomiędzy proste domostwa, prosiła by otworzyć oczy i patrzeć, nadstawiać ucha i słyszeć. Aż trochę wstyd było tak wkraczać w przestrzeń, jakby się komuś nieopatrznie weszło na podwórko, na którym na sznurze wisi bielizna, zasmarkane dzieci biegają półnagie, które jest przedłużeniem domu. Ty, obcy wchodzisz i stajesz zażenowany, zawstydzony i onieśmielony i czekasz kontemplując tę zwyczajność. Ale czas się kończy, czas wzywa nas w powrotną drogę, do pociągu, który z sykiem i jękiem rusza w nowe, nieznane, inne. Słuchałam poruszona. Muzyka, jak całun, przesłaniała nam oczy, wciskała się do gardeł. Wchłanialiśmy ją przez skórę, by mogła wreszcie zacząć krążyć w naszych żyłach, by się wcieliła. Spojrzałam przez okno na taras. Stało tam kilka osób. Palili i rozmawiali niemo. Ich twarze oblewało jasne i jednoznaczne światło. Wydobywało każdy szczegół: nos, oczy, zarys brwi i linie zmarszczek. Światło urealniało ich. Byli naprawdę żywi, gestykulowali, śmiali się. A my, tu, w tym półmroku, jakbyśmy spali i śnili. Zanurzeni w ciemność i muzykę jak w dym, stawaliśmy się coraz bardziej nierzeczywiści.

Komentarze

Popularne posty