PODOBIEŃSTWA

Czasem miasto wydaje mi się skądś znajome. Szczególnie w pełnym słońcu, pośrodku gorącego lata, jakby słońce, lato i upał uzasadniały je, nadawały sens jego kamiennemu życiu. I wtedy przez chwilę w głowie pojawia mi się myśl, że mogłabym zostać, zatrzymać się, zawinąć tu do portu i zadomowić się. Słońce stoi wysoko, niebo przypomina powierzchnię morza w pogodny, bezwietrzny dzień. W obcym mieście są miejsca, które wydają się znajome. Ot kamienica na deptaku, pomalowana na intensywny róż, z narożnymi balkonami, z babcią, która w kwiecistym szlafroku wychodzi na balkon, na ostatnim piętrze i pali papierosa patrząc w stronę rynku. Nazywam to miejsce Portugalią. Moim marzeniem jest Portugalia. Chciałabym zamieszkać w jednym z mieszkań z narożnym balkonem i obserwować jak miasto budzi się do życia. Nocą nasłuchiwałabym jak cichną głosy miasta, jak wyrównuje się jego oddech, lekki w chłodzie nocy. Szłabym spać razem z miastem. Oddychałabym w jego rytmie. Czasem, kiedy gram na akordeonie, na miejskim deptaku, patrzę na Portugalię i wyobrażam sobie, że tam mieszkam. Z mojego balkonu zwisają pelargonie, gryzie się róż z czerwienią. Wszystko jest tak intensywne, że aż trudno to znieść. Albo ulica Cerkiewna, która przypomina łuk tęczy rozpięty pomiędzy jednym ze wzgórz Gór Słonnych, a rynkiem – sercem miasta. W dole jaśnieje dom parafialny przy cerkwi. Nawet samochody zaparkowane po prawej stronie nie burzą kompozycji. Przeciwnie, stają się barwnym, rytmicznym wzorem, jak migoczące szkiełka w kalejdoskopie. Kiedy patrzę w dół Cerkiewnej, kiedy mój wzrok wędruje łukiem owej tęczy, przez chwilę mam ochotę zostać tu na zawsze. Jest też małe podwórko-studnia przy deptaku. Widziałam identyczne w Wenecji. Czyste, kamienne schody zwieńczone cyprysami w pękatych donicach. Drzwi są rzeźbione, ciężkie. O poranku stróż się uwija. Gwiżdże cicho podlewając rośliny. Pachnie podróżą w nieznane, portem i smutkiem pożegnania. Znam te miejsca. W obliczu miasteczka odbijają się, jak w zwierciadle, migoczą, niczym fatamorgana w nagrzanym powietrzu. Czasem, gdy dzieci nie ma w domu, wyciągam album córki, w którym skrzętnie przechowuje zbierane pocztówki. Są na nich stolice odległych krajów: Sidney, Nowy York, Londyn, są miejsca dzikie i piękne, jak choćby ten rozbielony słońcem odbitym w kropach wody wodospad na Maui. Są wielbłądy przecinające plisowaną powierzchnię pustyni, albo szczęśliwi ludzie na szczęśliwych plażach popijający kolorowe drinki w cieniu palm. Znam te miejsca, chociaż nigdy tam nie byłam. Może właśnie dlatego umiem odnajdywać ich okruchy także tu, w niewielkim, obcym miasteczku na końcu świata. A dziś, kiedy grałam na akordeonie, w moim miejscu z widokiem na Portugalię, spojrzałam w górę, ponad balkon na ostatnim piętrze, gdzie starsza pani paliła swojego papierosa i patrzyła w dal. Ponad płaszczyzny dachów, spomiędzy anten i kominów, uleciały gołębie. To był najbardziej znajomy widok, jaki można sobie wyobrazić. Któż go nie widział? Może w Paryżu, albo w Warszawie z okna na Placu Zbawiciela? A może w którymś z filmów, czy folderze biura podróży? Patrząc na ulatujące w czyste niebo gołębie, podążając za nimi wzrokiem, ponad dachy, ponad miasto, poczułam, że stojąc tu, na rogu 3 Maja i Franciszkańskiej, jestem zarazem wszędzie, w każdym mieście świata, w Lizbonie, Paryżu i Warszawie i przez moment znów pomyślałam, że mogłabym zostać tu na zawsze.

Komentarze

Popularne posty