LOS

Tego dnia w sposób szczególny, mogę powiedzieć, wręcz dojmujący, poczułam przypadkowość losu. Obudziłam się o świcie w obcym łóżku, w obcym mieszkaniu położonym na pierwszym piętrze całkowicie obcej kamienicy. A wszystko to w obcym mieście, do którego los rzucił mnie zupełnym przypadkiem. Chyba przypadkiem. Chociaż chciałabym widzieć w tym jakiś plan, choć zarys sensu. Wszyscy dość mi bliscy i znajomi akurat wyjechali i ta obcość miejsca, świadomość owej obcości, zaczęła mnie atakować. Pozbawiona opieki bliskich, byłam niczym wojownik samotny na linii wroga. Byłam jak brud pod skórą, którego pilnie trzeba się pozbyć. Obce dźwięki, obce zapachy, świadomość istnienia obok setek obcych mi ludzi, wszystko to sprawiło, że poczułam ucisk w sercu, rodzaj klaustrofobii, jakbym znalazła się w klatce, w więzieniu, ja – wojenny jeniec zdany na łaskę i niełaskę. Podobne odczucia towarzyszyły mi, gdy w obcym mieście myślałam o starości. Samotność, niedołężność w otoczeniu setek obcych mi ludzi, w obcej przestrzeni. Miasto od początku było dla mnie zakładem, specjalistyczną placówką dającą wprawdzie fizyczne przetrwanie, ale żadnego psychicznego oparcia. Jakby mówiło: a, żyj sobie! Póki ci pozwolimy. Ale to przecież nie wystarcza. To rozpoznanie o przypadkowości moich losów, być może losów w ogóle, ale o tym trudno mi wyrokować, powraca. Szczególnie odkąd zamieszkałam w obcym mieście. Zadaję sobie pytanie: po co tu jestem? Dlaczego tu przyjechałam? Dlaczego zostałam? Jak długo przyjdzie mi tu żyć? I milczę, nie znajdując odpowiedzi. Czasem, gdy umysł zajmie się konkretem, kiedy trzeba działać, wykonać zadanie: pójść, kupić, załatwić, spotkać się, zorganizować, pytania milkną, jest tylko pojedynczy, chwilowy cel i wtedy na moment można po prostu być, bez tego nieustannego zadręczania się, można istnieć tak, trochę jak ciało pozbawione duszy, wyzwolona i sprowadzone do materialnego parteru. Tylko tyle. I pewnie tak się właśnie powinno istnieć. Być wolnym od dylematów, zawiesić na haku nad drzwiami, tak jak wiesza się starą jesionkę, płaszcz od deszczu, czy latem zimową kurtkę, a więc zawiesić pytania: dlaczego i po co i żyć. I tylko tyle. O poranku, w nieznanym mieście, czuję się wędrowcem, którego zatrzymała noc. Przeczekuję do rana, by wyruszyć w dalszą drogę, by powracać do miejsc, które znam i które oczekują mnie tak, jak w domach, czekają najbliżsi, które mnie wyglądają i tęsknią podobnie jak tęsknię ja. W podróży, która coraz bardziej staje się samym życiem.

Komentarze

Popularne posty